5.05.2013

Zbratać "wczoraj" z "dziś"... trzebnica-timelapse.pl

Wszystkie zamieszczone tu zdjęcia pochodzą ze strony trzebnica-timelapse.pl

- Czasem mam ochotę rzucić to wszystko i wrócić do przeszłości. Choć to, co wypracowałem tu i teraz też jest dla mnie ważne… - rzekłeś, a ja wzięłam Cię za rękę i poprowadziłam przed oblicze komputera.

- Znalazłam wehikuł czasu, usiądź i popatrz – odparłam, odpalając stronę http://trzebnica-timelapse.pl.

Nie sądziłam, że aż tak Cię to wciągnie. Zwykle nie jesteś zbyt wylewny i sentymentalny. Tym razem jednak spędziliśmy kilka godzin na nurzaniu się we wspomnień głębi. – Spójrz na to zdjęcie, pamiętasz jak tak wyglądała ta ulica? Faktycznie, dawniej tutaj mieściła się…/ tego tu wcześniej nie było…/ nigdy nie zapomnę jak w tym miejscu…/ o rety, jak dawno tego nie widziałem, zapomniałem już, że…/ a zauważyłaś, ile dzieci na podwórzach…/ kiedyś to się bawiło, nie siedziało przed monitorami…/ i ludzie tu jakby bardziej uważni i otwarci, współdziałają, nie skupiają się tak na sobie…/ kolor niby czarno-biały, a jednak uśmiechy tyle mają odcieni…

Wędrowaniu nieistniejącym szlakiem końca nie było. Pozwoliło nam to odkleić od zdartych podeszew etykietkę problemów zatytułowanych „Dziś” i wskoczyć w beztroskie „Wczoraj”. Biegliśmy radośnie pośród slajdów, pławiliśmy się z rozkoszą w bliższej czy dalszej przeszłości, przystawaliśmy tu i ówdzie, by zaczerpnąć w płuca powiewu nostalgii. A kiedy codzienność zastukała kołatką obowiązków, strzepaliśmy z siebie reminiscencyjne okruchy i wstaliśmy do życia – do „Jutra” – z nieznaną wcześniej energią, którą teraz wręcz promienieliśmy. Zupełnie jakbyśmy właśnie przeżyli oczyszczające katharsis.

Twórca strony jawi mi się nie tylko jako wnikliwy obserwator, ale i współczesny alchemik: czemuś zgoła nieszlachetnemu potrafi nadać szlachetną formę, w dłoniach trzyma panaceum na wiele cywilizacyjnych i duchowych chorób, a do tego eliksir nieśmiertelności nie ma przed nim żadnych tajemnic. Z rozwagą panuje nad zmianami, czasem i przestrzenią, kilkoma kliknięciami potrafi nakazać przeniknąć się zamierzchłym okresom z teraźniejszością. Wie jak zawezwać duchy przeszłości. Wielka to moc. Potrafiąca sypnąć w oczy wspomnień obrazkami, mogąca spowić umysł pajęczą nicią retrospekcji, serce zakuć w dyby tęsknoty, duszę zaś przemienić w echo minionych dni. Filuterne igraszki, choć i z pewną dozą ryzyka – nigdy nie wiadomo jakie demony obudzimy w sobie, jaki grunt poruszony przy tym zostanie, jakie (efemeryczne) pragnienia poczną domagać się pokarmu.

Któż z nas nie marzył, by „pewnego dnia rzucić to wszystko, wyjść rano, niby po chleb  i wrócić na Aleję Pełną Róż”? Pewnego dnia nawet tak pokrótce uczyniłam. Okazało się jednak, że aleja, owszem, jeszcze istnieje, ale zarosła nieznaną mi, obcą, roślinnością; niektóre kwiaty straciły kolor, inne zwiędły, wszystkie za to przybrały jeszcze więcej kolców. I wcale nie jest ich tak pełno, jak niegdyś się wydawało. Krajobraz zmienił się, przyjaciele dorośli, izby nie pachną już podpłomykami. Wspomnienia to mają bowiem do siebie, że często zasuszamy w nich jeno to, co chcielibyśmy pamiętać, całą resztę spychając gdzieś w pokłady nieświadomości. Czasem lepszym rozwiązaniem jest po prostu sięgnąć po fotografie – one rzadko kłamią.

Choć marzymy o cofnięciu czasu, o powstrzymaniu zegarów – on wie co robi. Biegnie, bo tyle jeszcze przed nami. Tak jak rzeka, która nie zatrzyma się dla naszego kaprysu, nie pozwoli wejść dwa razy do tego samego nurtu – woli smagać nas nowym rytmem. Postęp ofiarowuje nam coś niebywałego, trzeba jednak mieć w sobie odwagę, by wyciągać po to nie tylko ręce, ale i pozwolić przeniknąć temu do serca. Bywa jednak, że spotykają nas w życiu chwile, sytuacje, miejsca, ludzie tak wartościowi, że kruszymy swoje serca i zostawiamy tę cząstkę siebie właśnie „tam”. W sprzyjających okolicznościach te okruszki, te paproszki „dobrych momentów” rozpościerają skrzydła nostalgii i zaczynają śpiewać. Jest to tak rzewna melodia, tak przejmujący głos, że dociera do nas i dusze nasze zwijają się z żalu i niespełnienia. Zupełnie jakbyśmy mieli w schowku jakieś zabutelkowane emocje i teraz, oto, korek puścił i bąbelki uderzają nam do głowy. W dużych dozach efekt może być obezwładniający, trudno nad tym zapanować. Chyba każdy czasem tak ma. Dobrze wtedy otworzyć album i zbratać się z tym, co minęło, pogodzić, z ufnością, że jest jak być ma.

Time Lapse jest – moim zdaniem – takim mediatorem między „wczoraj” a „dziś”. Każdy z nich chciałby mieć ostatnie słowo, ale przecież i tak przyjdzie „jutro”, bez względu na wszystko. Czerpmy z chwil to, co najistotniejsze, zbierajmy w menzurkę bogaty osad doświadczenia, nanizajmy na nitkę dni perły historii, byśmy – strojni w przenikliwość i refleksję – przyjmować potrafili z otwartymi ramionami potencjał przyszłości.

Polecam stronę trzebnica-timelapse.pl. Nie tylko wpływa na wyobraźnię, ale i pożywnie karmi zadumą. Czegoś takiego trzeba mi było.




4.05.2013

Filharmonia - dla każdego: dużego i małego!


Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego prowadzi szereg akcji edukacyjnych, mających na celu uwrażliwienie młodych ludzi na muzykę (choć nie tylko). Nie od dziś bowiem wiadomo, że "czym skorupka za młodu..." Koncerty z cyklu Filharmonia dla Młodych oraz Filharmonia Familijna odbywają się pod patronatem medialnym serwisu czasdzieci.pl. Mam wielką przyjemność współpracować od jakiegoś już czasu z tymże portalem dziecięcym, a tu już tylko po nitce do kłębka... by Filharmonia Wrocławska zaprosiła na muzyczne spotkania. Owocna to współpraca, obfitująca w wiele ekscytujących wrażeń i prowadząca czasem w nieznane dotąd rewiry. Jak się okazuje: pełne ekspresji i fantazyjnych brzmień. Miło mi, że dane nam doświadczać takiego bogactwa doznań.

Dziękuję Filharmonii Wrocławskiej i dziękuję witrynie czasdzieci.pl. 

Zachęcam do odwiedzenia stron, gdzie mieszczą się nasze relacje. Przyjemnej lektury.

3. "Dawno, dawno temu, a może jednak wcale nie tak dawno, bo ledwie w ubiegły czwartek, za kilkoma wzgórzami, za paroma lasami, nad rzeką Odrą, stał dostojny gród, który Wrocławiem zowią. W mieście tym dziwy się dzieją. Jakie, pytacie? Oto, na przykład, w rzeczony czwartek gmach Filharmonii Wrocławskiej zaludnił się kapłanami, czarodziejami, potworami i duchami. A żeby było bardziej nietypowo, to wspomniane istoty wcale nie budziły grozy, jeno zasłuchanie przeplatane salwami gromkiego śmiechu. Jak to? Ano tak. Wyszły wprost z najdostojniejszych oper i umuzykalniały najmłodszych słuchaczy. Ale po kolei (...)"
oraz



2. "(...) Program koncertu "Poloneza czas zacząć" aż kipiał od polskości. Z wrzawą, ale i dystyngowaną krasą, przetaczały się przed naszymi oczyma obrazki skąpane obficie swojskością, folklorem i przyozdobione perełkami historii. Lekcja muzyki i dawnych dziejów – w pigułce: smacznej, zjadliwej i krzepiącej artystycznie(...)"



1. "(...) Wraz z synami miałam wielką satysfakcję z uczestnictwa w ostatnim koncercie "Różne oblicza perkusji". Na scenie zaprezentowali się Wrocławscy Perkusiści, wykonując ciekawe, niebanalne i różnorodne w swojej stylistyce i formie kompozycje (...) Wykonawcy z precyzją – i ogromną miłością do muzyki, która wręcz rozsiewała wokół zarazki i bakcyle – prezentowali kolejne utwory z genialnie dobranego repertuaru. Wytrawny koktajl, w którego składnikach znaleźć można było zarówno klasykę, standardy, awangardę, jak i autorskie kompozycje. Mnie samą – oprócz czarującego instrumentarium – urzekło poczucie humoru, które owocowało wspaniałymi nastrojami słuchaczy (...)"



O koncercie (kontrabas, wiolonczela, fortepian) - ale inaczej...

Tekst powstał dla Starostwa Powiatowego w Trzebnicy.

15 kwietnia 2013 r.
Przyjemne, słoneczne popołudnie. Tygodnia początek, poniedziałek. Szeroka paleta koncepcji jak wykorzystać ten piękny, wiosenny czas. Świadomie; tak, by nie wyrzucać sobie, że zmarnowało się choćby ogarek. Kiedy wchodzi się w pewien wiek, jakoś tak w gratisie dostaje się garść refleksji: „każda chwila jest cenna”, „nie marnotraw czasu, nie wiesz bowiem ile jeszcze zostało ziaren piasku w Twojej prywatnej klepsydrze”. A że czuję, iż przekroczyłam już ten magiczny próg, roztropnie staram się – i z pożytkiem – planować harmonogram dni, tygodni, miesięcy (zostawiając – naturalnie – margines na słodką, żywiołową improwizację).

Kiedy spostrzegałam na tablicy informacyjnej plakat, a na nim zasadzone soczyście informacje: „kontrabas, wiolonczela, akompaniament fortepianowy” – wiedziałam, że czegoś takiego nam trzeba. Czegoś niebanalnego. Czegoś, czego nie serwują we wszechobecnych mediach, co nie trafia się często, co nasycić może głód za niespotykanymi dotąd wrażeniami, potrzebę eksploracji nowych terenów, poszukiwania innych (od tych codziennych) brzmień.

Bo sami powiedzcie: kiedy ostatnio byliście na koncercie, gdzie bohaterami były tak niecodzienne instrumenty?

Hip-hop? Proszę bardzo, kilka koncertów pod rząd. Rock, blues, jazz? Bywają. Recitale fortepianowe – odfajkowane. Ale kontrabas? Wiolonczela? Wchodzę w to, pomyślałam… Jak to dobrze, że Starostwo próbuje przemycać na nasze lokalne podwórze elementy zdecydowanie niszowe, poszerzając wachlarz serwowanych nam doznań i – całkiem delikatnie i nienachalnie – przesuwając ciut dalej (w jak najbardziej odpowiednim kierunku) granicę horyzontu, który koi nasz wzrok na co dzień.

Właściwie... relacjonując (jakże subiektywnie) ów koncert mogłabym pójść dobrze znanym torem: „to był misterny taniec dźwięków: górą, dołem, rzewnie, wylewnie, tkliwie, z rozmarzeniem, z zadziorem, bucząco, zawodząco - i tak dalej”, „cudnie przeplatały się głosy tych – jakże różnych – instrumentów, tworząc muzyczny spektakl na najwyższym poziomie”, „gra chwytała za serce, prowadziła malowniczymi krajobrazami”, „smyczek uwodzicielsko pocierał struny, palce zaczepiały je do wspólnych figli, drewno dawało z siebie wszystko, by zadowolić nadzieje publiczności”… Ale chciałabym dziś inaczej ugryźć temat…

A zainspirowali mnie do tego dwaj chłopcy. Wszyscy podziwiali: „ależ oni grzecznie słuchają”, „jacy skupieni”, „jak Pani to robi, że tak kulturalnie potrafią tu wysiedzieć?” To ostatnie pytanie zgoła nietrafione, bowiem… to oni sami „coś robią” (tudzież: nie robią – w domyśle: nie rozrabiają). Nikt ich nie przymusił, nie przykleił, nie pozbawił woli takich a nie innych zachowań. Zaczęłam więc zastanawiać się: czemuż budzi to takie zdziwienie? Czyżbyśmy zakładali, że „TAKI KONCERT” powinien nudzić? Ale dlaczego? W trakcie można doznać inspirujących uczuć. Można werbalizować w myślach muzykę. Można popłynąć na jej fali, odpłynąć na skrzydłach fantazyjnych dźwięków na naprawdę piękne wyspy. Można spróbować opisać ją własnymi słowy. Wszystko można.

Nawet narysować ją. A potem wrócić do domu i za pomocą klocków konstrukcyjnych i kilku gumek recepturek zbudować poznane instrumenty, następnie zadbać o oprawę: własnoręcznie stworzony plakat, scenę, miejsce dla publiczności, słuchaczy – choćby pluszowych i dać koncert, czadu dać. Wystarczy chcieć. Mieć wyobraźnię, polot i… pasję.

Właśnie, pasję… Bo czyż sensem wszystkiego, zaprawdę wszystkiego, nie winno być to, iż czerpiemy z tego satysfakcję, możemy wyrazić siebie? Tylko wtedy, gdy przemawia przez nas autentyczna radość tworzenia, radość działania, owa rzeczona pasja właśnie – potrafimy wykrzesać ogień, który rozpala pochodnię, oświetlającą nam drogę ku Spełnieniu i wskazującą kierunek innym, czasem mniej zdecydowanym, by śmiało przejść przez gubiące rozdroża.

Doceniajmy piękno chwil…

Ja doceniam fakt, iż dane mi było uczestniczyć w tak refleksyjnym, twórczym, inspirującym i wyzwalającym spotkaniu.

Kto żałuje, że ominęły go takie wrażenia, niechaj rozpogodzi się. Prawdopodobnie w maju odbędzie się podobny koncert, na który już dziś serdecznie zapraszamy. Naprawdę warto.

A ja tylko dodam, że artystom należą się ogromne podziękowania. Podarowali nam niezwykłe 60 minut. Barbara Szostak (wiolonczela), Kornel Rzewucki (kontrabas), Elżbieta Stypułkowska-Kafka (akompaniament) – pasjonaci, główni bohaterowie wieczoru, choć tekst zbłądził nieco w swej tematyce w inne rejony.






















Plakat autorstwa Borysa (czyt.: firma Runder Pomysłowiec), zapraszający mamę na koncert

Wiolonczela i kontrabas autorstwa moich smyków. Klocki konstrukcyjne, gumki recepturki i pałeczki chińskie - sama lepiej bym nie wymyśliła...

Borys (6,5 l) - godło i flagi

Borys (6,5 l) - sala konferencyjna podczas koncertu

Igor (6,5 l) - instrumenty muzyczne (fortepian, wiolonczela, kontrabas)

Igor (6,5 l) - orzeł może ;) a dwa orły?

Igor (6,5 l) - żyrandol, kwiat (czyli wyposażenie sali konferencyjnej)



16.04.2013

Afirmacja życia i lokalny patriotyzm - po trzebnicku. Poezja p. Danuty Kamińskiej.



Rzec by można: trochę prywaty na lokalne tematy...

Tuż przed świętami wielkanocnymi, spotkała mnie miła niespodzianka. Dostałam wiadomość z adnotacją, bym udała się tam a tam, celem odebrania tajemniczej przesyłki (dziękuję Nadawcy). Poszłam – i… zastałam pakiet dziesięciu książeczek, autorstwa trzebnickiej poetki, pani Danuty Kamińskiej. Były tam zarówno tomiki poetyckie, jak i literatura skierowana do dzieci. Dostałam w darze kilka dni namiętnego czytania „na dobranoc”.

Najpierw pochłonęliśmy pozycje „dzieciowe”. „Motylek Bazylek i inne wierszyki dla najmłodszych” (2005 r.), „Urodziny Zuzi i inne wierszyki dla najmłodszych” (2006 r.), Pimpuś nauczycielem” (2010 r.). Lekko płynęłam strugą wersów, co rusz przystając rodzinną łódką, by przyjrzeć się prezentowanym postaciom z bliska, omówić ich zachowania, czy promiennie roześmiać się od ucha do ucha. Rach, ciach, wiosłem słowa – i dalej, do przodu. Pogodny i radosny to był spływ. Ciepła bryza ochlustała nas od stóp do głów. Jakoś tak błogo się zrobiło, przyjemnie.

Pomimo, iż przed nami iskrzył się błogosławiony czas Wielkiej Nocy, zanurzyliśmy się również w lekturę „Kolęd i pastorałek” (2008 r.). Właściwie pogoda za oknem malowniczo pomagała nam wczuć się w atmosferę. Hosanna i Alleluja barwnie przeplatały nam się z gwiazdkami, Gloriami i Ej, kolędami… Wiosna pokazała swą eklektyczną twarz.

Później przeszliśmy do trzebnickich malowideł. „Trzebnica piórem i piórkiem” (2009 r.) oraz „Marzy nam się uzdrowisko. O Trzebnicy – mieście z bajki” (2012 r.), to pozycje, które zajęły szczególne miejsce na bibliotecznej półeczce mego serca. W sposób szczery, prostolinijny i tak niezwykle przystępny opisują wszystko to, co i mi drogie jest. Oprowadzają po zakamarkach, gdzie każdego dnia zostawiam cząstkę siebie, swoich pozytywnych myśli i niewygórowanych pragnień: by żyło nam się tu dobrze, spokojnie, by otaczała nas życzliwość, dłonie chętne do pomocy i empatyczne dusze.

Kiedy zawędrowaliśmy ku kolejnym pozycjom, czułam już dokładnie, iż moje spojrzenie na życie całkiem bliskie jest spojrzeniu Autorki. „Mój mikrokosmos. Rozmowy liryczne z najbliższymi” (2003 r.), „W kolorach tęczy” (2004 r.), „Z całego serca życzę Ci” (2005 r.), „Rozmowy” (2006 r.). Pokora, prostota, wrażliwość, franciszkańska afirmacja życia, dostrzeganie niezwykłości w okruszkach dnia codziennego, zaduma nad egzystencją, dystans wobec niedoskonałości, optymizm, erudycja, nawoływanie do przyzwoitości, poszanowanie, wdzięczność wobec najbliższych i umiłowanie małej ojczyzny – tak najkrócej można by scharakteryzować to, czym poetka dzieli się z nami, czytelnikami.

Nie będę rozwodziła się nad bibliografią, bowiem wspaniale uczyniła to – w posłowiu - pani Elżbieta Warulik. Właściwie niczego doń dodać, niczego odeń odjąć. Wszystko na swoim miejscu: doskonale dobrane słowa, odziane w szykowną, stylową, bogatą formę.

Na koniec zostawiłam informację, iż ilustracje do książeczek stworzyły dwie wspaniałe, trzebnickie artystki (mama i córka), panie: Ewa oraz Marta Mroczek. Lekka kreska, urocze pejzaże – cóż tu więcej pisać?

Wstyd mi, po prostu, że wcześniej moja biblioteczka uboższa była o te pozycje. Zawiera się w nich kwintesencja miłości do wszystkiego, co wiąże się z Kocimi Górami (choć nie tylko).

Dziękuję serdecznie, Pani Danusiu. Niechaj radość istnienia i rozmarzona Wena nigdy Pani nie opuszczają!

14.04.2013

Kociogórskie bajania III. Klucz.



- Gdzież mógł podziać się ten klucz? Jak święty mógł go zgubić? A może został mu skradziony? – członkowie rodziny zastanawiali się gorączkowo, jeden przez drugiego.

Teraz jednak pora wypocząć. Zagadka będzie musiała poczekać.

- Mamusiu, ależ to nie przystoi, by św. Piotr paradował na trzebnickim herbie z jednym jeno kluczem!
- No synku, jakoś będzie musiał to udźwignąć i poradzić sobie. My musimy zjeść kolację i położyć się już spać, inaczej nie będziemy mieli siły, by mu pomóc.
Padło przeciągłe - Nooo doooobra – kryjące w sobie wiele niezadowolenia i żalu.
Cóż, mama to taki zawód, w którym przyjemności przeplatają się z koniecznością dopilnowania dyscypliny.

Rankiem wyszliśmy na spacer. Wczorajsze przygody zdawały się już być tylko mglistym snem, ale pamiątki znalezione na Ramowej Górze świadczyły o czymś zupełnie innym. Pragnęliśmy rozwikłać sekret zaginionego klucza, ale nie bardzo wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Postanowiliśmy więc – na początek – mieć szeroko otwarte oczy i uszy. Podczas przechadzki spostrzegliśmy, iż w szyldzie „Hotelu Trzebnica” brakuje literki „R”. Dotąd nie zauważaliśmy tego braku – może po prostu byliśmy mało spostrzegawczy? Na żaden inny trop nie natrafiliśmy… I tak upłynął nam dzień, ten, kolejny, i jeszcze następne. Spowite mrozem i śnieżnym płaszczem Królowej Zimy.

W ciągu kilku tygodni udało nam się zgromadzić jeszcze kilka literek, które pieczołowicie zapisywaliśmy, sądząc, że mogą stać się poszlakami w tej niezwykle tajemniczej sprawie. I tak w „P_nkcie Informacji Turystycznej” widniała luka po literce „U”. W „__pitalu im. św. Jadwigi Śląskiej” pustką świeciły dwa pierwsze znaki, czyli wyparowała głoska „SZ”. Najbardziej jednak zaskoczyło nas spustoszenie, kiedy wędrowaliśmy niespiesznie malowniczymi okolicami trzebnickich stawów…


- Mamo, prędko! Spójrz na szyld aquaparku!
Źle się tu działo. __Z_B_ICKI P_R_ WODN_ „ZDRÓJ” – głosił napis na ścianie.
- Dobra, chłopcy. Ma ktoś notesik? Musimy to czym prędzej zapisać: „T-R-E-N-A-K-Y”. Ciągle jednak nic nam to nie mówiło.
Dobrze, usiądźmy i spokojnie podsumujmy, co mamy.
- „R-U-S-Z-T-R-E-N-A-K-Y” Rusztrenaky? Co to może oznaczać? A może jeszcze ciągle czegoś nam brakuje, może coś przeoczyliśmy? Pomyślmy…
- A gdyby tak poprzestawiać literki? – zaproponował nieśmiało Igor.
- Spróbujmy, może to faktycznie anagram, którego rozwiązanie wskaże nam coś istotnego.
-„ Rynek” oraz… ! – zakrzyknął triumfalnie Igor,
- „… Ratusz!” – dokończył niezawodny Borys.
Brawo, chłopaki! Mama nie kryła zadowolenia i dumy. Tylko… co dalej?

Ale to „dalej” to już kolejnego dnia… dzisiaj znowu nadeszła pora na sen. Rankiem myśli są zdecydowanie świeższe i zwinniejsze.
- Dooobrze – tym razem obyło się bez grymasów.

Noc przyniosła niespodziankę.
Kiedy mama z Igorem w najlepsze przewracali się na drugi bok, Borysek, który jest przysłowiowym „rannym ptaszkiem” zerwał się na równie nogi i zaczął poszturchiwać współmieszkańców.
- Wstawajcie, szybciutko, już ranek. Trzeba zbierać się do pracy. Śnił mi się SuperKot, wszystko mi wyjaśnił.
- Synku, błagam, połóż się,  jeszcze wczesna godzina… To był tylko sen – mama (tradycyjnie)próbowała wynegocjować jeszcze kilka minut słodkiej drzemki.
- Mamo, ja już wszystko wiem! SuperKot mi podpowiedział!
- Synku, śpiiiiij… Jaki SuperKot?
- No wiesz, ta nowa maskotka Trzebnicy…
Zdjęcie pochodzi ze strony trzebnickiego Urzędu Miejskiego: Super Kot z Trzebnicy
Mama zerwał się na równe nogi. Dobrze; zjedzmy śniadanko, wymyjmy się, ubierzmy i wszystko nam, Borysie, opowiesz.

Nie będę tutaj zdradzała sekretów sennych. Napiszę jedynie, że poszliśmy w okolice Ratusza. Rozglądaliśmy się na wszystkie strony, ażeby coś istotnego nie uszło naszej uwadze. Tuż przy schodach chłopcy ujrzeli błyszczący drobiazg. Schylili się i okazało się, że to… zaginiony klucz z herbu, tylko w pomniejszeniu. Pchnęliśmy masywne, drewniane drzwi i weszliśmy do środka. Byliśmy tu wielokrotnie, zwiedzając cuda Muzeum Regionalnego. Tym razem jednak coś innego nas zafrapowało. Jakiś dziwny blask: jaśniał, promieniał, pulsował świetlistą mocą. Z owego światła poczęły zarysowywać się kształty, początkowo niewyraźne, w końcu coraz bardziej sprecyzowane. Po chwili widzieliśmy już dokładnie migocące drzwi. Skrząca się złociście ręka wskazała nam, byśmy przekręcili klucz w zamku. Ten sam klucz, który znaleźliśmy kilka minut temu; ten sam, którego poszukiwaliśmy od tygodni. Małe, ciche zgrzytnięcie i znaleźliśmy się w pięknej komnacie. Było w niej bardzo jasno, początkowo mrużyć musieliśmy oczy, za moment jednak nasz wzrok przywykł do rozjarzonego krajobrazu. To, co zobaczyliśmy w środku wymyka się wszelkim logicznym rozumowaniom. Zakotłowało się, gwar niesłychany. Postacie, dziesiątki postaci. Jakby nie z tej epoki. Szare. Kolorowe. Rewia mody z przestrzeni ostatnich stuleci.

Nagle na czoło pochodu wysunęła się czarująca kobieta. Roztaczała wokół niezwykłą aurę. Pachniała fiołkową wonią. Była tak urocza, że trudno to nawet opisać: we włosy wplecione miała barwne kwiaty, szykowna suknia opleciona była najróżniejszymi odcieniami zieleni i bił od niej niezwykły blask oraz ciepło. Przy kimś takim budzić można się do życia. Ktoś taki z pewnością może zauroczyć. Kiedy przemówiła, głos jej rozbrzmiał tysiącem ptasich treli, szeptem delikatnego wietrzyka i melodią młodych listków, rozedrganych i płochych.

- Jestem Wiosna. Dziękuję, że mnie uwolniliście. Nie wiem jakim cudem znalazłam się tutaj, ale pewne jest to, że utknęłam na dobre. Tam, na zewnątrz pewnie już się niepokoją, dlaczego tak długo zwlekam z przybyciem. Nie mogę tracić ani chwili. Odwdzięczę się wam, dziękuję! Do zobaczenia! – i odeszła.

Później, po kolei, wypływać zaczęły inne postaci. Napisałam „wypływać”, albowiem czyniły to z gracją i nieomal nie dotykając stopami ziemi.
- Mamo, oni wyglądają jak… jak duchy – szepnął Igor – Kiedy będziesz opisywała tę historię, koniecznie dodaj, że to dobre duchy, aby dzieci czytające bajeczkę nie wystraszyły się. Bo wiesz… niektóre dzieci boją się, myśląc, że duchy są tylko złe, groźne i straszą, a przecież ci ludzie… uśmiechają się, mają dobre zamiary, są pokojowo usposobieni.

To prawda. Wokół nas – na fali obecnego czasu – dryfowały przeróżne postaci. W strojach średniowiecznych, w żołnierskich mundurach, habitach,  a nawet z wielkimi pacyfkami na szyjach - „dzieci-kwiaty”. Pomyślałam sobie, że być może każdego dnia oni mijają nas na ulicach naszego ukochanego miasteczka, tylko nie każdemu dane jest zobaczyć ich? Może ów klucz otworzył nasze serca i umysły?

Nagle obok nas, nie wiadomo kiedy i jak, znalazła się Dobromiła (kto nie ominął drugiej części Kociogórskich bajań wie o kim mowa).
- Poznajcie moich rodziców, mama Ludomiła i tato, Bolesław.
- Bardzo nam miło, jesteśmy zaszczyceni – skłoniliśmy się, z lekkim onieśmieleniem.
- Dziękujemy wam. Tylko nie mówcie, że nie ma za co – przemówił tato naszej przyjaciółki z przeszłości – i pędźcie tam, bo ktoś na was czeka.

Odwróciliśmy się we wskazanym kierunku. Rozpoznałam. Wujek Józek i ciocia Kazia. Zmarli oboje, niespodzianie, jedno za drugim, wtedy, gdy chłopcy rozkoszowali się beztroską życia prenatalnego. Jakby zwolnili dobrowolnie dwa miejsca w rodzinie.
- No, w końcu was poznaliśmy. Dużo o was słyszeliśmy, dzielne z was chłopaki! – przygarnęli do piersi zdezorientowanych bliźniaków.

Co było dalej – dla Was, Drodzy Czytelnicy, nie jest istotne. Takie tam rodzinne sprawy: łzy szczęścia, pytania, wspomnienia, obietnice… Usłyszeć za to pewnie chcielibyście o tym, co znaleźliśmy później. Otóż kiedy w 1869 r. otwarto murowany Ratusz, w jednej ze ścian obiektu umieszczono kamień węgielny. Do skrzyni włożono wówczas m. in. ówczesne dokumenty, gazety i pieniądze. Do tej pory sądzono, że wszystko to przepadło, podczas pożaru w 1945 r. A teraz my to odnajdujemy, wyobrażacie sobie? Kluczem było - po prostu - odkrycie sekretnej komnaty. Czy to nie proste i logiczne? Dla dzieci – na pewno.

- Dziękuję ci, SuperKocie  – szepnął pod nosem rozanielony, rozmarzony Borysek.
I wtedy wszyscy TO usłyszeliśmy…
- Mrrrrrraaaaauuuu. Nie ma za co. Zerknijcie też do herbu Trzebnicy z 1321 r. Zobaczycie, że tam św. Piotr trzyma jedynie jeden klucz. To też miała być podpowiedź, ale jej nie rozszyfrowaliście. Historia was wzywała. Chciała pokazać, że wszystko co jest dzisiaj, cały potencjał, który drzemie w czymkolwiek - nie wziął się znikąd. Ma swoje korzenie. I od tych korzeni nigdy nie należy się odcinać. Dzięki nim jesteśmy kim jesteśmy, zmierzamy dokąd zmierzamy… Ale już nie przynudzam. Czuwajcie, Kociogórzanie, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro!
Zdjęcie pochodzi ze strony Towarzystwa Miłośników Ziemi Trzebnickiej i przedstawia herb Trzebnicy z  1321 r.
Nie ujrzeliśmy go nawet. Próbowaliśmy jeszcze nawiązać kontakt głosowy, ale daremnie.

Nagle, w korytarzu Ratusza, zjawił się kustosz Muzeum Regionalnego, pan Zbigniew, artysta plastyk, grafik, twórca ekslibrisów.
- No, co tak stoicie, jakbyście duchy zobaczyli? – zagadnął do nas pogodnie.
- A Pan też je widział? – zapytaliśmy z nadzieją w głosie.
- One zawsze nam towarzyszą. Cóż w tym dziwnego? – odpowiedzią odpowiedział na nasze pytanie. Zmieszaliśmy się. Właściwie… prawda.
- No, zbierajcie się już, zamykam – dodał.
- Do widzenia!
- Do widzenia. Tylko nie zapomnijcie oddać Piotrowi jego klucza – rzekł pan Zbyszek i mrugnął do nas okiem.

5.04.2013

Wystawa prac amatorów malarstwa z powiatu trzebnickiego


Artykuł powstał dla Starostwa Powiatowego w Trzebnicy:
http://powiat.trzebnica.pl/index.php/news/view/562
W budynku Starostwa Powiatowego przy ul. Leśnej, w sali konferencyjno-wystawienniczej, miejsce ma właśnie wystawa prac malarskich "młodych talentów" z powiatu trzebnickiego. Dostępna jest dla zwiedzających od poniedziałku do piątku w godzinach od 10.00 do 15.00, w sobotę o tej samej porze oraz w niedzielę od 11.00 do 15.00. Potrwa do 10 kwietnia. Serdecznie zapraszamy i zachęcamy do zwiedzania.

 Jest to inicjatywa mająca na celu „wydobycie na światło dzienne” - ukrytych gdzieś w cieniu naszej niewiedzy - artystycznych dusz. Byliśmy otwarci na Wasze zgłoszenia, swoje prace wystawić mógł każdy chętny. W sumie uzbierało się 26 obrazów i obrazków. Rozbieżność wiekowa spora, zatem forma wraz z treścią są bardzo różnorodne. Zresztą: spójrzcie Państwo sami.

 Dało to jednak wyraz temu, jak wiele talentów kryje się pośród powiatowych zakamarków. Idąc ulicą, stojąc w sklepowych czy urzędowych kolejkach, podróżując środkami komunikacji miejskiej – nawet nie zdajemy sobie sprawy, że oto właśnie obok nas stać czy siedzieć może ktoś z niebywałym zmysłem artystycznym, z pasją, zacięciem. Może właśnie dzisiaj uśmiechnąłeś/uśmiechnęłaś się do jednego/jednej z nich? Są wśród nas – i to niezwykle radosna nowina.

 Wracając jednak do wystawy… Ze sztuką jest tak, że często odbieramy ją bardzo subiektywnie. Porusza nas, wzrusza, budzi wspomnienia, gra na strunach nostalgii, rozlewa w nas rozmaite emocje. Z tego powodu coś podoba nam się mocniej, coś mniej.

 Moim (czyli osoby piszącej ten tekst) zdecydowanym faworytem jest obraz z kobietą, mężczyzną, rozmokłym parkiem i czerwonym parasolem (ktoś bardziej biegły w tematyce malarskiej może skorygować barwę, bowiem jej odcienie i odmiany często odbiegają daleko od czystej czerwieni – ja jednak nie jestem w tym temacie znawcą). Idealnie odzwierciedla wszystko to, co drzemie głęboko w mojej duszy, w rozmaitych pokładach pragnień, marzeń, sentymentów.

 Jednak nie mniej piękna jest zaprezentowana ikonografia, jej prostota, oszczędność w środkach, wyrazista kolorystyka. Klimatyczne szkice ołówkiem. Kopia poruszającego obrazu Jacka Malczewskiego pt. „Śmierć”. Dziewczynka wypatrująca za oknem – czego? kogo? Niebieskie oczy (oraz kołnierzyk) mężczyzny z papierosem. Elegancka dama w stylowej zieleni. Urocze pejzaże i pachnące kwiaty – aż tęskno bardziej do wiosny! Pierwsze próbki twórczości odważnej, dwunastoletniej Wiktorii… Ech, co tu dużo pisać – to trzeba obejrzeć!

 Polecamy!