04.01.2017

Jeszcze raz o biegu sylwestrowym dla dzieci...

Drodzy Czytelnicy pisANKI,

dziękuję, że zaglądacie na bloga, choć można powiedzieć, że ostatnimi czasy spał on snem głębokim i spokojnym. Zahibernowany.

Ostatnia jego reaktywacja nie była zamierzona. Była raczej impulsem. Reakcją zwrotną wydarzeń.

Publikacja moich refleksji po biegu sylwestrowym dla dzieci miała dwa cele: po pierwsze - pozwolić „wykipieć” emocjom, od których aż się we mnie gotowało, po drugie - pokazać Organizatorowi, jak od tej drugiej strony odebrać można było całość imprezy oraz wskazać niedociągnięcia, które - żywię szczerą nadzieję, że zupełnie niezamierzenie - godziły w najmłodszych uczestników.

CEL ZOSTAŁ OSIĄGNIĘTY. Ja nie duszę w sobie goryczy, a Organizator dowiedział się, że nie wszystko wyszło, jak powinno.

Po publikacji w kilka godzin artykuł przeczytany został blisko tysiąc razy. Potem stopniowo liczba ta malała. Otrzymałam kilka telefonów, wiele wiadomości prywatnych, trzy osoby postanowiły wypowiedzieć się publicznie. Okazało się, że moje odczucia nie były odosobnione. Gros osób było szczerze zbulwersowanych, twierdząc, że dzieci zostały potraktowane niewłaściwie, a już na pewno pozbawiono ich radości z uczestnictwa w zawodach. Młodzi sportowcy uwielbiają bowiem zdrową rywalizację. A rzeczą dorosłych jest, by stworzyć im ku temu odpowiednie warunki i podtrzymać w nich owo zamiłowanie.

Zdecydowałam się napisać o biegu, gdyż nie chciałam, by moja prywatna prośba i sugestie zostały zignorowane. Publiczne działanie zawsze ma inny wydźwięk. Uważam, że odwaga cywilna i interwencja w słusznej sprawie to ważna "rzecz", jeśli nie obowiązek. A jednak i z tym nie do końca czułam się dobrze. Założeniem pisANKI było informowanie lokalnego społeczeństwa o DOBRYCH INICJATYWACH. Oczywiście bieg sylwestrowy dla dzieci to jak najbardziej dobra inicjatywa, robiona dotąd z wielkim oddaniem i serduchem, a jednak czegoś w tym roku zabrakło... Warzyłam w sobie, czy poruszać temat, czy też przemilczeć. Dotąd przestrzeń pisANKI zajmowały raczej recenzje i relacje o pozytywnym nacechowaniu. Dlaczego? Albowiem w ogólnodostępnych mediach wystarczająco dużo jest krytyki, niedbalstwa, ciemnych wizji, zła i przemocy (werbalnej i niewerbalnej). Chciałam, by mój blog pozostał od tego wolny, by można tu było zajrzeć po dobre słowo i ciepłe emocje, by była to oaza życzliwości i sportowo-kulturalnej iskry, bez zarzewia konfliktu.

Z tego też powodu wkrótce zamknę dostęp do posta o ubiegłorocznym biegu dla dzieci. Niechaj złe emocje nie wibrują w eterze, niech nie panoszą się tu. Stało się, myślę, że ktoś wyciągnie wnioski na przyszłość, a niesmak przeminie, przebrzmi, rozmyje się. Ja nie potrzebuję podbijania statystyk za pomocą negatywów, nie muszę dopieszczać w ten sposób swojego ego. Wystarczająco spełniona czuję się, gdy wokół jest spokój, szczerość, uczciwość, prostolinijność, prawość, radość i szacunek. To, że wpuściłam w sieć ten materiał było jedynie krzykliwą prośbą o te właśnie czynniki: spokój, szczerość, uczciwość, prostolinijność, prawość, radość i szacunek. Zwłaszcza najmłodsi tego potrzebują, choć nie zawsze potrafią to zdefiniować.

Starałam się przy okazji nikogo nie urazić i rzetelnie, kompetentnie i wnikliwie opisać zaistniałą sytuację. Nie jest to prosta sprawa, gdy odbiór rzeczywistości przysłaniają emocje. Jakie by nie były, zawsze w jakimś stopniu oddziałują na postrzeganie. Mam nadzieję, że udało mi się solidnie podejść do tematu.

Od razu mówię, że na moją decyzję nikt nie wpływał. Uczciwość wobec mnie samej i wobec początkowych założeń bloga każe mi tak postąpić. Oczywiście na indywidualną prośbę Czytelnika mogę udostępnić materiał wraz z komentarzem Organizatora, jednak zawieszam jego publiczną dostępność. Nie chcę, by negatywna energia zaśmiecała moje podwórko. Wierzę, że każdy z nas ma wpływ na kreowanie przestrzeni wokół, poczynając od siebie samego.

Z poważaniem i szczerymi życzeniami, by nowy rok przyniósł Wam w darze wiele powodów do satysfakcji, uśmiechu i wiary w siebie oraz drugiego człowieka -

Anna J.









23.05.2016

Kociogórskie bajania IV. Biblioteka inspiruje.

Przed przeznaczeniem się nie ucieknie. Wierzcie lub nie, ale ono jest jak cień. Kiedy ciągną się za Wami całe rzesze pochmurnych, deszczowych dni, może zdarzyć się, iż zaczniecie wątpić w to, że coś dobrego jest Wam przeznaczone. Ale pamiętajcie: po burzy zawsze wychodzi słońce. Niby wyświechtany slogan, ale prawdziwy. I kiedy to słoneczko już wyjdzie, uśmiechnie się do Was, pomacha Wam radośnie i pogodnie – nabieracie pewności siebie, wiary i ochoty, by wyjść z cienia, rozejrzeć się z ciekawością wokół. Wtedy ze zdumieniem spostrzegacie, że Wasze przeznaczenie ciągle uparcie się Was trzyma. Mimo że Wy już zrezygnowaliście, poddaliście się – ono wiernie przy Was trwa. Jak cień. Było po prostu ukryte, niewyraźne, mgliste. Ale nie odpuściło. Bo to Wasze Przeznaczenie.

Pewnie zdziwicie się, dlaczego Wam o tym mówię, ale kiedy przeczytacie tę opowieść, od części pierwszej aż po ostatnią – wszystko stanie się dla Was jasne. Ja też zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy przeanalizowałam owe wydarzenia. Nie będę jednak przedłużała i przynudzała – poczytajcie sami… 





**********
Coś wisiało w powietrzu. Już od samego rana czuć było, że COŚ się wydarzy. Parny, czerwcowy dzień, jakich wiele – a jednak… każdym porem skóry przeczuwało się TO COŚ. Jakąś zmianę, jakąś nienazwaną wypukłość na idealnej prostej. Nie wiem, czy jesteście w stanie mnie zrozumieć, ale wydaje mi się, że każdy przynajmniej od czasu do czasu tak ma.

Z różnych powodów nie mieliśmy jeszcze sprecyzowanych konkretnych wakacyjnych planów, dlatego też dryfowaliśmy spokojnie na fali dnia codziennego. Z niecierpliwością czekaliśmy na półkolonie w Gminnym Centrum Kultury i Sportu. Na kartce z pomysłami na zabicie wakacyjnej nudy mieliśmy kilka propozycji, a wśród nich: wizyta w aquaparku, odwiedziny w miejscowej grocie solnej (coby pooddychać zdrowszym powietrzem), na pewno boisko, skatepark, street workout park, wycieczki rowerowe do pobliskich malowniczych wiosek (ze szczególnym uwzględnieniem naszego ulubionego zakątka – Miłocina, w Pierwoszowie), jakiś seans w odnowionym kinie Polonia, a następnie pyszne smoothie w ArtKawiarni. Chłopakom marzyły się również warsztaty robotyczne, ale nie zanosiło się na to, by nasz trzeszczący w szwach budżet domowy był w stanie udźwignąć te pragnienia.

Póki co, zanosiło się za to na burzę, więc nici z aktywnego dnia. Zaraz, zaraz, przecież mieliśmy iść do biblioteki, poprosić o nowe kody do IBUK LIBRA.

- Chłopcy, zbierajcie się, idziemy do biblioteki!

- Super! – Igorowi i Borysowi nie trzeba dwa razy powtarzać, gdy w grę wchodzą książki. Nigdy też nie mogą nadziwić się, gdy słyszą, że ktoś nie lubi czytać. Kilkoro ich kolegów powzięło mocne postanowienie, że w okresie wakacyjnym nie sięgną do niczego, co by nawet przypominało książkę, na co oni odparli, że przecież dzień bez czytania to dzień stracony. Ja również tak uważam i dlatego bardzo cieszę się, że choć w tej materii mamy podobne zdania. Bo przyznam, że im stają się starsi, tym mocniej uwypuklają się różnice w naszym postrzeganiu świata. Hm, czyżby już nastała pora na osławiony konflikt pokoleń?

Wzięliśmy parasole, spakowaliśmy książki do oddania i wyruszyliśmy. Niebo wyglądało jak siedem nieszczęść, jakby za moment wybuchnąć miało głośnym i rzęsistym płaczem. Buzię złożyło w podkuwkę, zaniosło się pochmurnym marsem i złowrogo pomrukiwało. Dotarliśmy do biblioteki akurat w samą porę, zanim za drzwiami rozpętały się wichura, burza i ulewa – trzy dobre znajome.

Panie z biblioteki powitały nas – jak zwykle – szerokim uśmiechem. Lubię tę atmosferę: magia tysięcy literackich dzieł sztuk, krain fantasy, zielonych wzgórz poezji, przeplatająca się z ludzką życzliwością, tak po prostu.

Każde z nas rozeszło się tutaj w swoją stronę, buszować pośród interesujących nas działów. Ja najszybciej odnalazłam to, czego szukałam, zaś chłopcy ciągle jeszcze oddawali się delektacji poszukiwania odpowiedniej lektury.

Rozsiadłam się wygodnie w czytelni i zaczęłam wertować książkę. Po chwili powieki stały się ciężkie, a spojrzenie mgliste. Poczułam zmęczenie i senność. Tak, nieczęsto mam chwilę dla siebie, by w końcu w spokoju oddać się błogiemu nicnierobieniu, więc kiedy już taki moment nadejdzie – schodzą ze mnie liczne obowiązki całego ciężkiego tygodnia i mój organizm zwyczajnie domaga się należnego snu.

Z tego dziwnego stanu półsnu wyrwał mnie najgłośniejszy jak tylko można, a jednak ciągle jeszcze szept: mamo, mamoooo, prędko!

Zerwałam się na równe nogi i czym prędzej poszłam w kierunku, z którego dobiegało wezwanie. Rozejrzałam się we wszystkie strony, a jednak nigdzie nie spostrzegłam synów. Zadziwiło mnie jedynie to, że na podłodze leży jakaś opasła księga. Już miałam ją podnieść, gdy znowu usłyszałam: mamo, mamoooo! Głos dobiegał jakby z tejże właśnie książki. Pochyliłam się nad nią, zaciekawiona, i ku mojemu ogromnemu zdumieniu ujrzałam, że ilustracje poruszają się, zupełnie jakby to były nowoczesne animacje. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy zobaczyłam tam… – wiem, że i tak mi nie uwierzycie – Igora i Borysa. Jeden i drugi we własnej osobie. Przetarłam oczy ze zdumienia, myśląc, że chyba śnię. Przypatrzyłam się raz jeszcze, uważniej, i spostrzegłam, że coś trzymają w ręku, coś jaskrawego, czym świecą mi prosto w oczy. Zaraz, zaraz, to coś mi przypomina… ten swoisty rytm, w którym ponawiają rażenie mnie światłem. No tak, przecież sama ich tego nauczyłam. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie… Pamiętacie jeszcze pierwszą część Kociogórskich bajań? Od tego właściwie wszystko się rozpoczęło, ciąg niesamowitych, nie do uwierzenia wręcz przygód. Czyżby znowu?

Spojrzałam na okładkę tej grubej księgi. Widniało nań:
Zaparło mi dech w piersi. Przysiadłam i próbowałam uspokoić myśli, zdobyć się na jakieś logiczne rozumowanie, pojąć, co tak naprawdę się tu wydarzyło – choć wiedziałam już, mając w tej materii zakres doświadczeń, że im usilniej będę próbowała ogarnąć to rozumem, tym bardziej wszystko będzie wymykało się racjonalnemu uzasadnieniu. „Nie próbuj zrozumieć wszystkiego, bo wszystko stanie się niezrozumiałe” – powiedział mi kiedyś ktoś bardzo mądry. I tego postanowiłam się trzymać, przynajmniej w tej chwili.

**********
- Co się stało? Gdzie my jesteśmy?! Mamo, mamooooooo!!!!!

**********
Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam analizować wszystko raz jeszcze. Musiałam myślami cofnąć się o miesiąc. W maju, dokładnie w środę 10 maja, w Powiatowym Ośrodku Doradztwa Metodyczno-Programowego w Trzebnicy odbyła się konferencja pt. „Dialog z tekstem kultury”. Wszystko w ramach XIII Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek, z hasłem przewodnim „Biblioteka inspiruje”. I tego właśnie dnia dr Sebastian, erudyta, fenomenalny wręcz krasomówca, postanowił opowiedzieć innym o Kociogórskich bajaniach. Trochę nas to zdziwiło, bowiem przywykliśmy do tego, że dorośli raczej lubią rozprawiać o polityce, gospodarce, krachu na giełdzie, ważnych ustawach i uchwałach, windujących cenach, zaś sprawy takie jak planeta B-612 czy teleportacja rodem z Kociogórskich bajań to dla nich głupoty i niepotrzebna strata czasu. Jak widać, nie docenialiśmy co niektórych dorosłych!
Plakat pochodzi ze strony PODM-P w Trzebnicy.
https://web.facebook.com/Powiatowy-Ośrodek-Doradztwa-Metodyczno-Programowego-w-Trzebnicy-149758441760346/

Tak więc mieliśmy ten wielki zaszczyt, by nasze przygody odbiły się echem na tak ważnej konferencji. Myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. W końcu ostatnie trzy lata upłynęły nam bez fajerwerków. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Każdy dzień toczył się mozolnie utartym szlakiem, raz pod górkę, raz z górki – jak to w życiu bywa. To wszystko, co przeżyliśmy podczas tych magicznych przygód, wszystkie te niebezpieczne oraz fascynujące przygody teraz stały się jeno mglistym wspomnieniem. I oto, gdy dr Sebastian przypomniał je, wydobył na powierzchnię spośród odmętów zapomnienia, akurat teraz przytrafia się coś takiego. Myślicie, że to przypadek? Nie, nie uwierzę w zbieg okoliczności.

**********
Igor rozcierał bolące kolano. To tylko lekkie zdarcie skóry, ale piecze i przeszkadza.

– Gdzie ja jestem? Jak się tu znalazłem? Co się w ogóle wydarzyło? Gdzie mama? Gdzie Borys? Przed chwilą przecież tu był…

Chłopiec rozejrzał się wokół. Poznawał to miejsce – podwórko na którym mieszkała kiedyś mama – aczkolwiek wyglądało nieco inaczej, niż je pamiętał. Zszedł kilka stopni w dół i ujrzał grupkę zajętych zabawą chłopców i dziewcząt. Postanowił podejść bliżej, choć czynił to z wyraźnym onieśmieleniem. Nagle dostał piłką w głowę.

- Ups, przepraszam, to nieumyślnie... Jestem Wojtek – przedstawił się niewysoki blondynek w jaskrawopomarańczowej koszulce. – Grasz z nami? Brakuje nam jednego zawodnika.

- Yyyyy – Igor przez chwilę wahał się, ale już otoczyli go inni chłopcy, popychając z zachętą w stronę placu, który służył im za boisko.

- No chodź, nie daj się prosić! Tylko przyłóż sobie najpierw babkę, bo krew leci ci z kolana.

**********
Mama ciągle stała jeszcze w osłupieniu, ściskając w ręce egzemplarz tajemniczej księgi.

- Pani Alu, czy można wypożyczyć tę książkę?

- Hmm, dziwne... Nie mamy jej w naszym księgozbiorze... Pani Danusiu, czy w dziale dla dorosłych macie taką pozycję? Oznakowanie niby się zgadza, ale system nie przyjmuje książki.

- Pierwszy raz ją widzę. Skąd Pani ją wzięła?

- To dziwne, ale znalazła się… jakby znikąd. Najpierw jej nie było, a zaraz, dosłownie za chwilę, leżała na podłodze. I mówiła do mnie. Wiem, że to wszystko brzmi nieskładnie i jest trudne do uwierzenia, ale słowo daję, że tak było. Ja nie postradałam zmysłów, musicie mi uwierzyć. Popatrzcie Panie na coś jeszcze…  – i mama wskazała na poruszające się ilustracje.

**********
Borys oganiał się od natarczywych owadów. Były dosłownie wszędzie. A na domiar złego – nie były to zwyczajne insekty, jakich wokół pełno. To były owady-giganty, jakieś zmutowane bestie, monstrualnych rozmiarów. Uciekał przed nimi w popłochu, niemal na oślep, rozgarniając dłońmi zielone krzewy.

- Mrrrrau – dało się słyszeć już z daleka. Teraz odgłos ten stawał się coraz wyraźniejszy, jednak Borys nie miał czasu na zastanawianie się nad tym. Pędził przed siebie, ile sił w nogach. Nagle uderzył w coś z impetem. Na szczęście było to coś miękkiego i milutkiego w dotyku.

- Mrrrrrrrrauuuuuu! – wrzasnęło to coś przeraźliwie głośno i wyraźnie. Borys uniósł ze zdumieniem głowę i aż odskoczył w popłochu.

- Mrau – zabrzmiało ciszej i łagodniej – Mrau, witauuu…

Borys przetarł oczy ze zdziwienia. Stał przed nim kolosalny kocur, osiodłany, uzbrojony w żelazne szpony i maskę. Jeśli czyta to ktoś dorosły, komu zawołanie „Na potęgę Posępnego Czerepu!” nie jest obce, zaraz wyobrazić sobie będzie mógł He-Mana i jego Kota (a właściwie tygrysa) Bojowego. Oto przed Borysem stało takie właśnie stworzenie, które w chwil kilka przemieniło się w słodkiego, leniwego troszkę Cringera.

Zaraz też Borys przypomniał sobie, że gdzieś już widział tego mruczka. – O tak, to było w Kocim Raju (kto nie wie o czym mowa – polecamy pierwszą część Kociogórskich bajań). To ten sam kotek, który  drzemał sobie na wygodnej kanapie i mruczał głośno przez sen – przeleciało przez myśl Borysowi. – Co prawda nie rzucał się wtedy zbytnio w oczy, ale i tak dobrze go pamiętam.

- Witauuu, witauuu w naszych skromnych progach – mruczał przyjaźnie kotek, już w nowej odsłonie. Mniej bojowej. Teraz bardziej przypominał słodką maskotkę. – Nie bój się, już sobie poleciały, nie skrzywdzą cię – kontynuował kocurek.

Borys ciągle stał osłupiały. Dopiero po chwili odzyskał głos. – Gdzie ja jestem? Kim ty jesteś? I gdzie jest mama i Igor?

**********
Igor doskonale się bawił. Najpierw wszyscy grali w piłkę – przeskakiwali ją, rzucając uprzednio o ścianę, bawili się w „Głupiego Jasia”, grali w koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną, dwa ognie. Skakali w dal – do piaskownicy. Ganiali się – a to w berka, a to „w krowę”. Były „gąski, gąski do domu”, „raz-dwa-trzy-baba jaga patrzy”, „pucha i palant”, lunatyk, klasy, podchody, chowanego, żywe-zielone-stop i cała masa innych gier i aktywności. Cały czas coś się działo. W jednym zakątku podwórza dziewczynki tworzyły „widoczki”, układając pod szkiełkami barwne kwiatowe mozaiki, w innym – grupka młodszych dzieci bawiła się w sklep, handlując rozmaitymi kamyczkami, gałązkami i pudełeczkami, za transakcje płacąc różnokształtnymi liśćmi. Przy piaskownicy toczyły się emocjonujące rozgrywki w kapsle, nieco dalej – pod rozłożystą wierzbą – grano w krajankę (- Kto to widział, by dzieci bawiły się nożem! – przez chwilę przemknęło przez myśl Igorowi), natomiast centralnym miejscem tego całego placu wydawał się być trzepak. A właściwie dwa trzepaki. Tam gromadzili się wszyscy, a co jakiś czas dawało się stamtąd słyszeć: „(…) palec pod budkę, bo za minutkę zamykamy budkę, budka się zamyka, paluszki przytyka” – i zaraz wszystkie dzieci rozbiegały się wokół z głośnymi piskami radości i uciechy. Znowu zaczynały się nieskończone maratony, gdzie w ruch szły: a to kabel, a to skakanki, gumy, hula-hop, głośne pukawki i inne cudeńka. Dzieci wymieniały się też obrazkami z gum Donald i Turbo, naklejkami z wafelków Kukuruku, różnymi prospektami, znaczkami. Wrzało jak w ulu, zupełnie inaczej niż na teraźniejszych betonowych, pustych podwórkach.

Co rusz słychać było z któregoś okna: - Dominika na obiad! – Seeeebastiaaan! – Grześ, obiad!

    Igor poczuł, że zaczyna mu burczeć w brzuchu. Podszedł do chłopca z bujną, czarną niczym smoła fryzurą i zapytał: „Pożyczysz mi komórkę? Muszę zadzwonić do mamy.”

    Mariusz, bo tak miał na imię ów chłopiec, obruszył się i nieco zdezorientowany odparł: - Komórkę?! Chłopie, oszalałeś?! Nie mamy telefonu nawet w domu, a co dopiero w komórce. Na całej ulicy ma tylko pani Mazurkiewiczowa, ale ona nie da ci zadzwonić!

Igor nie miał czasu zastanowić się nad tym faktem, bo ktoś wcisnął mu w dłoń rabarbar porządnie obtoczony cukrem i rzekł: „No, jedz!” Ktoś też odsypał mu trochę Vibovitu.

- Jakoś przeżyję – przynajmniej nie umrę z głodu.

**********
Borys zapadał się w miękką poduchę ułożoną na wiklinowym fotelu. Z ciekawością rozglądał się po surowym wnętrzu niedużej chatki. Wiklinowy fotel z poduchą wydawał się być tu jedynym luksusem. W kącie widać było łóżko zbite z drewna, na drewnianej półce ułożone były skromne, gliniane naczynia, a pod ścianą stało masywne, żeliwne wiadro. Na ścianie wisiał prosty krzyż. Nigdzie nie dostrzegł żadnego telewizora, playstation, nawet radia. Nie dziwiło go to jednak, choć trzeba przyznać, że otaczająca go cisza aż huczała mu w uszach.

Mężczyzna, który parzył mu herbatę (choć bardziej pachniało to Borysowi jak jakieś ziółka, których szczerze nie cierpiał) nie był zbyt rozmowny. Powoli i spokojnie krzątał się po niewielkiej izbie, każdy ruch wykonując niemal z nabożnym namaszczeniem. Borys nie bał się, choć człowiek ten wydawał mu się inny od wszystkich ludzi, których dotychczas spotkał w swoim niespełna dziesięcioletnim życiu. Nie miał na sobie typowego męskiego stroju; ubrany był w długą, płócienną szatę, która bardziej przypominała worek na ziemniaki niż tradycyjny ubiór. Nogi miał niemal bose – spod szaty widać było ledwie kilka rzemyków. Za to jego broda – to była najdłuższa, najgęstsza i najbardziej niesamowita broda, jaką chłopiec kiedykolwiek widział. Im dłużej się jej przyglądał, tym mocniej kojarzyła mu się z plątaniną wielu myśli. Co osobliwego – choć były poplątane, cechował je wielki spokój, pokora, dobroć i optymizm. Nie rozumiał, dlaczego coś takiego przyszło mu do głowy, ale właśnie takie miał odczucia, gdy patrzył na Pustelnika.

Wcześniej kot opowiedział mu o tym eremicie, o życiu jakie prowadzi, modlitwach i kontemplacji. Postanowił, że powstrzyma się od paplania, by nie przeszkadzać mu zbytnio. I musicie wiedzieć, że to był nie lada wyczyn, bo Borys uwielbia mówić, wręcz kocha ten stan nieustannego ruszania buzią i wypuszczania z siebie słów niemal w rytmie kałasznikowa. Ale udało mu się i był z siebie naprawdę dumny.

Teraz siedział w fotelu i myślał o wszystkim, co go dziś spotkało. Chodził po lesie, zbierał zioła, jagody, borówki, grzyby i różne inne owoce i krzewy, których nazw nie zdołał jednak spamiętać. Rozkoszował się szumem drzew, zupełnie jakby był na wytrawnym koncercie w filharmonii. Uwolnił z sideł maleńkiego dzika, opatrzył ranną sarenkę, karmił ślepego jeszcze jeżyka i rozmawiał z ptakami. Naprawdę! Nauczył go tego sam Cringer. Jeździł również na grzbiecie największego psa, jakiego kiedykolwiek widział – niczym na rumaku, pływał gondolami po dziwnie znajomo wyglądających stawach i pił najlepszą źródlaną wodę na świecie.

- Wypij! – mędrzec podsunął pod nos chłopca dziwnie pachnący wywar. – Wypij – powtórzył z łagodnością w głosie, z uśmiechem okrytym kołdrą brody i taką dobrotliwością w zielonych oczach, że Borysowi aż zakręciła się w oku łza wzruszenia.

- Pozdrów Kociogórka i Lubuszkę – usłyszał już jakby z oddali głos Cringera. Nic więcej nie pamięta.

**********
Igor pałaszował ze smakiem rabarbar. Właśnie miał sięgnąć po kolejną łodyżkę, gdy poczuł silne ukłucie. Odruchowo zamachnął się, lecz owad był szybszy. Potem wydarzyło się coś nieoczekiwanego, chłopiec począł kurczyć się w błyskawicznym tempie i za moment był już tak malutki, że mieścił się na grzbiecie kąśliwego owada. Ten rozpostarł skrzydła i poniósł go w nieznane.

- Igor, teraz twoja kolej – krzyknął ktoś, rozglądając się wokół. Niestety Igor już tego nie słyszał.

**********
Borys po wypiciu ziół poczuł się strasznie senny. O to właśnie chodziło Pustelnikowi. Z troską w oczach patrzył jak chłopiec robi się mniejszy, coraz mniejszy, aż w końcu stał się maleńkim pyłkiem zwiniętym w senną kulkę. Podniósł go delikatnie swoimi spracowanymi dłońmi i umieścił na znaczku pocztowym. Dokończył list, włożył go do koperty, nakleił znaczek i skinął głową na pięknego, białego gołębia.

- Tylko ostrożnie! – rzekł łagodnym głosem i umieścił list w dziobie ptaka.

**********
- To sen, tylko sen. Zaraz się obudzę – mamrotała pod nosem mama, wertując kartkę za kartką.

**********
- Jeszcze kilka machnięć pędzlem i gotowe – Dobromiła zadowolona była z efektów swojej pracy. Od kilku dni każdą wolną chwilę poświęcała na dokończenie obrazu, który chciała podarować w prezencie urodzinowym przyjacielowi.

Nagle przez okno wpadły niemal jednocześnie dwa stworzenia: sporych rozmiarów owad i majestatyczny gołąb. Frrruuuu, jeden za drugim. Niewytrawne oko mogłoby pomyśleć, że oto trwa szaleńczy pościg, w którym ptak próbuje złowić w locie owada, ale Dobromiła tylko się uśmiechnęła dobrodusznie.

- Witam, co was sprowadza, co dzisiaj dla mnie macie? O rety, nie wierzę! – na widok dawno niewidzianych przyjaciół dziewczyna rozpromieniła się jeszcze bardziej.

Ptak i owad zniżyły lot i „zaparkowały” na materacu. To było miękkie lądowanie – dla całej czwórki.

Igor i Borys – mocno jeszcze oszołomieni – powoli wracali do normalnych rozmiarów. Dobromiła sprawnie otworzyła wręczony jej list i przebiegła szybko wzrokiem po pięknie wykaligrafowanym rzędzie liter. Nie zdradziła przy tym ani cienia emocji. Potem dopisała coś od siebie, zakleiła kopertę, nachyliła się nad Borysem i wręczyła mu list, jednocześnie konspiracyjnym tonem szepcząc mu coś do ucha.

- Jak się cieszę, że was widzę! Wiecie, że kilka dni temu zastanawiałam się, czy macie jakieś wakacyjne plany i przeszło mi przez myśl, żeby zaprosić was do siebie? A wy wpadacie tak nagle, bez zapowiedzi, i to jeszcze przez okno! Nie żebym miała coś przeciwko – i roześmiała się pogodnie, odsłaniając przy tym rząd perłowobiałych zębów.

- Ale mama na pewno się martwi. Czy mogłabyś użyć trebniclatora i przenieść nas do domu?

- Niestety, jest w naprawie. Pracuje nad tym zaufany mechanik i jeszcze chwilę to potrwa. Póki co, rozsiądźcie się wygodnie, zaraz przyniosę ciasteczek owsianych i opowiecie mi, co przytrafiło się wam tym razem. Wręcz umieram z ciekawości!

Kiedy chłopcy już posilili się i opowiedzieli o swoich przygodach, Dobromiła narzuciła na siebie zwiewny, błękitny płaszczyk i rzekła: - No to w drogę, zbieramy się chłopaki!

Igor i Borys poderwali się z miejsc, bo jak mawia pewne mądre powiedzenie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

**********
Jakie miejsca przemierzali i ile czasu to trwało, co po drodze widzieli i kogo spotkali – do dziś pozostało ich słodką tajemnicą. Jedno jest pewne: dotarli w końcu pod wielkie wierzeje. Nad nimi widniał wymowny napis: „RAJ. Tutaj zapomnisz o wszystkim… (niewyraźny, zamazany napis). Wchodzisz… (niewyraźny, zamazany napis)?”

Dobromiła chwyciła za ręce obu chłopców. Mocno ich ścisnęła. Trochę ich to zdziwiło, ale nie opierali się. Wspólnymi siłami pchnęli masywne drzwi, za którymi ukazał się niezapomniany widok. Dziesiątki, setki, a może nawet i tysiące monitorów. Wielkie telebimy. Najnowsze cuda techniki. Wszystko, o czym tylko można zamarzyć: laptopy, tablety, smartfony, PSP, Xboxy – wszelkich możliwych kolorów, kształtów i modeli. Programy tv, filmy, seriale, bajki, aplikacje, czaty, gry. Każdy znaleźć mógł coś dla siebie. I wyglądało na to, że właśnie tak było, każdy bowiem ślepo wpatrzony był w jakiś ekranik. Wszystko to rozgrywało się w bajecznej wręcz scenerii, pośród zapierających dech w piersiach pejzaży, ale zdawało się, że nikt tego nie widzi, nikt nie dostrzega otaczającego ich piękna. Mało tego, nikt do siebie nic nie mówił, nie uśmiechał się, nie wykonywał żadnego gestu. Wszyscy porozumiewali się za pomocą tychże urządzeń, mimo iż siedzieli od siebie na odległość wyciągnięcia dłoni. Każdy z tych dzieciaków wyglądał i zachowywał się jak automat, jak robot, jak… zombie. Emitowali jakąś fluorescencyjną energią. Nad nimi, wysoko w przestworzach, unosiło się wielkie, wszechwidzące oko. Lekko załzawione, jakby od zbyt długiego wpatrywania się w monitor. Błysk w tym oku budził jednak grozę. Dobromiłę przebiegł dreszcz niepokoju. Kątem oka dostrzegła biblioteczkę – przykurzoną, nadgryzioną zębem czasu, pokrytą plątaniną pajęczych sieci. Chwyciła jedną z leżących tam pozycji i szeptem odczytała wymowny tytuł: „Przyszłość drukowanej książki”. Wzdrygnęła się po raz drugi.

Igor i Borys za to rozglądali się wokół jak zahipnotyzowani. Na ich twarzach rozlał się ocean błogości i ekscytacji. Fala entuzjazmu wzbierała z każdą minutą. Po chwili zapomnieli o bożym świecie i z wielkim poruszeniem włączyli się w tę zbiorową, szaleńczą, pozbawioną wszelkich hamulców teleinformatyczną ucztę. Rzec by można: rytualny ubój cennego czasu.

Z wielkim trudem i ku olbrzymiemu oporowi stawianemu przez braci, Dobromiła wytargała w końcu bliźniaki z tego miejsca. Wciąż jeszcze protestowali, oponowali, próbowali wyszarpać się i wrócić do tego „raju”, ale Dobromiła była silniejsza i nie dawała za wygraną. Kiedy już ich kontestacja zaczęła powoli stygnąć i słabnąć, a rozsądek wracał na swoje miejsce – Dobromiła skinęła głową w kierunku zatrzaśniętych wrót.

- „PIEKŁO. Tutaj zapomnisz o wszystkim, co ważne. Wchodzisz na własne ryzyko?” – przeczytali całkiem wyraźny teraz napis.

- Wiecie, nie wszystko jest takim, jakim jawi nam się na początku. Bywa, że pierwsze wrażenie okazuje się złudnym. Dopiero z dystansu możemy dostrzec rzeczy takimi, jakimi faktycznie są. A na to często trzeba czasu. On zaś nie zawsze chce działać na naszą korzyść – rzekła jak zwykle tajemniczym, lekko moralizatorskim tonem, który znali już z wyprawy w okolice Grodziska (polecamy II część Kociogórskich bajań).

**********

- Mamo, mamo, obudź się! Co ty, śpisz w bibliotece? To nie hotel! – chłopcy delikatnie potrząsnęli mamą, tak by nie wzbudzić zainteresowania pozostałych bywalców biblioteki. - Nie uwierzysz, co nam się przytrafiło! Spójrz, mamy kilka pamiątek – jak zwykle mówili jeden przez drugiego.

- Aha, tutaj jest pewien list. Dobromiła prosiła, byś przekazała go pani Leontynie, no wiesz, tej pani, co tak ciekawie opowiada zawsze o historii Trzebnicy.

Mama – nieprzytomnym wciąż wzrokiem – spojrzała na kopertę. Widniały na niej trzy znaczki: z białym gołębiem, jakimś dziwnym owadem i kotem. - Zaraz, zaraz, gdzieś już widziałam tego kota. Byłam wtedy małą dziewczynką, hmm…

- Dobromiła? Gdzie widzieliście Dobromiłę? – powoli wracała do świata żywych.

- Obiecała, że niedługo się do Ciebie odezwie. Powiedziała, że z pewnością marzysz o niezapomnianych wakacyjnych wojażach.

- O tak – rozmarzona mama uśmiechnęła się od ucha do ucha.

- Mamo, tatuś dzwoni. Pyta, gdzie jesteśmy tak długo? Pyta też, gdzie przeczekaliśmy burzę i czy widzieliśmy tę piękną, podwójną tęczę nad ratuszem.

- Powiedz, że zaraz zbieramy się do domu. Jeszcze chwilka i się z nim spotkamy.

**********
- I co chłopcy, wybraliście sobie coś ciekawego? – zapytała (jak zwykle miła, serdeczna i pogodna) pani Ala. – Książki to gwarancja przygód i niezapomnianych wypraw w najdziwniejsze miejsca, prawda?

Daję głowę, że filuternie puściła przy tym oko.

- Nie zapomnijcie swoich kodów do IBUK LIBRA. A może chcielibyście wziąć udział w konkursie, który organizuje nasza biblioteka? Trzeba napisać o tym, dlaczego warto czytać. Wchodzicie w to?

- Wchodzimy!!! – radośnie odparli bracia.

- A dorośli też mogą? – zapytała (zupełnie na poważnie) mama.

- Regulamin przewiduje uczestnictwo wszystkich grup wiekowych. A jeśli ci dorośli pielęgnują w sobie wewnętrzne dziecko, to już jak najbardziej – pani Ala roześmiała się serdecznie. – Aha, pani Aniu, proszę zabrać ze sobą znalezioną księgę. Nie jest własnością biblioteki. Coś mi się zresztą wydaje, że jesteście współautorami tej niezwykłej powieści…

Słowo honoru, że znowu wyłapałam figlarny błysk w jej oku!

**********
- Dzień dobry, Pani Leontyno, dobrze, że Panią spotykamy, mamy coś dla pani – mama poczęła gorączkowo szukać czegoś w torbie.

- O, list od Dobromiły, dziękuję serdecznie! A gdzie się teraz wybieracie?

- Do biblioteki, oddać prace na konkurs literacki.

- Aaa, pisaliście o tym, dlaczego warto czytać książki?

- Tak. Fikcja literacka i fantazja to cudne skrzydła do innego świata. Aż dziw bierze, że wszyscy mają je na wyciągnięcie ręki, a tak wiele osób dobrowolnie rezygnuje z tego przywileju odmiany i ubarwienia swej codzienności.

- Mamo, a wspominałaś jeszcze coś o przeznaczeniu…

- Eeee tam, szaaaaa, jak będzie chciało, to samo się o nas upomni…

Z Przeznaczeniem bowiem tak już jest. Nawet gdy nie macie w planach kolejnego rozdziału, a ono ma nań kaprys – choćby nie wiem co, napisze się on sam. Czy tego chcecie, czy też nie. Dlatego też nie mówimy Wam ani „żegnajcie”, ani „do usłyszenia”… Może jeszcze los skrzyżuje nasze drogi, a może nie – któż to wie?

**********
Dziękujemy Ci, Drogi Czytelniku, za wspólną podróż.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie korzyści Ty odnosisz z czytelnictwa? Jak możesz zachęcić innych do tego, by też z przyjemnością sięgali po książki i czytali?

Dzielmy się z innymi tym, co dobre. Dzielmy się dobrym słowem.










31.03.2015

Jak to pięknie Czytać Pięknie...

Fot.: Barbara Ulatowska - TCKiS

Już od najmłodszych lat - na pytanie: co zabrałabyś na bezludną wyspę? - odpowiadałam: książkę. Miałam wprawdzie dylemat, bo równie kuszącą odpowiedzią był: walkman (taki praprzodek mp3), ostatecznie książka jednak zwyciężała. Przypuszczam, że gdybym nie miała takiej możliwości, to pewnie sama bym ją tam stworzyła. Nucąc sobie przy tym ulubione melodie.

O tym, jak wiele korzyści niesie ze sobą czytanie, wiedzą chyba wszyscy. Rozwija to naszą świadomość, poszerza horyzonty myślowe, uczy dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, odnajdywania zależności, wyciągania wniosków, kształtuje postawę refleksji, koncentracji, nie pozostaje bez wpływu na umiejętność werbalizowania uczuć i potrzeb, rozwija słownictwo – ogólnie rzecz biorąc: podnosi kompetencje niezbędne do właściwego funkcjonowania społecznego, komunikacji interpersonalnej. Wspomaga harmonijny rozwój intelektualny i emocjonalny, uczy wrażliwości, dostarcza rozrywki, obdarza nas cenną i piękną umiejętnością fantazjowania i odbywania podróży czasoprzestrzennych… w wyobraźni. Bywa spokojną przystanią, w której ugłaskać można zmysły skołatane codziennością, przestrzenią relaksu, spokoju, wyciszenia i odpoczynku od nadmiaru stymulacji i wrażeń, oazą wytchnienia na pustyni obowiązków. Zawsze jest spotkaniem z niezwykłą przygodą i pomostem międzypokoleniowym, a także niezawodnym towarzyszem i wiernym przyjacielem.

Wokół wciąż słychać o kryzysie rynku książki i powolnej agonii czytelnictwa. Nie chcę dać temu wiary. Dobrowolnie rezygnować z takiej rozkoszy? Niewyobrażalne!

Pamiętam, jak wynosiłam na podwórko (kiedyś one służyły nie tylko jako parkingi dla aut, ale przede wszystkim były miejscem spotkań i fantastycznej zabawy okolicznych dzieciaków) książki – rozmaite baśnie, klechdy, opowiadania – i czytałam młodszym koleżankom i kolegom. Wokół mnie gromadziły się maluchy, które z wypiekami na twarzach wsłuchiwały się w lekturę. Uwielbiałam te chwile. Uwielbiałam im czytać na głos, zabierać je na wyprawę w inny wymiar, bajeczny, magiczny, w którym wszystko jest możliwe. Przeżywaliśmy gamę rozmaitych emocji – od lęku po euforię.

Nadal bardzo lubię czytać dzieciom na głos, dozować napięcie, kontrolować dynamikę interakcji poprzez intonację, modulację, rytm, tempo mówienia, omiatanie ich wzrokiem (tzw. efekt latarni morskiej). Żałuję, że coraz mniej mam na to czasu. Cieszę się jednocześnie, że moi synowie dorośli już na tyle, że potrafią czytać samodzielnie, nie zjadają mnie więc wyrzuty sumienia z powodu tego niedoczasu…

Spotkał mnie wielki zaszczyt, a zarazem ciekawe doświadczenie (obarczone sporą odpowiedzialnością). Tym razem zaproszona zostałam do Konkursu Pięknego Czytania - w charakterze słuchacza i jurora. Jedna z trudniejszych ról, w jakie musiałam się wcielić. Obawiałam się, czy jestem odpowiednio wypoczęta, nastrojona, skupiona, obiektywna i sprawiedliwa w ocenach, kompetentna, czy nikogo nie skrzywdzę swoją notą, czy jakieś podprogowe, podświadome bodźce nie wpłyną na moją percepcję. Dobrze, że głosy jury rozłożone były na trzy różne osobowości. Zdziwiły mnie różnice w postrzeganiu, a właściwie w odbieraniu wrażeń słuchowych, pomiędzy oceniającymi. Wnioskuję z tego, że „obiektywizm” jest jednak pojęciem względnym. Niby słuchałyśmy tego samego, a jednak – co widać było po ocenach – słyszałyśmy zupełnie co innego. Zaczęłam szukać wyjaśnienia i trafiłam na pewne badania, w których tłumaczono: „Wrażenia słuchowe nie są jednak wyłącznie wynikiem biernego odbioru bodźców zewnętrznych, lecz są dodatkowo uwarunkowane cechami charakterologicznymi obserwatora, jego doświadczeniem słuchowym oraz procesami aktualnie zachodzącymi wewnątrz jego organizmu. Zmienność tych warunków tłumaczy różnice wrażeniowe w odbiorze tych samych bodźców akustycznych przez różnych słuchaczy oraz wyjaśnia, dlaczego ten sam słuchacz postawiony dwukrotnie wobec tej samej sytuacji dźwiękowej może odbierać różne wrażenia słuchowe.” (http://sound.eti.pg.gda.pl/student/tn/zassl.pdf) I wszystko jasne.

Spotkałam się z opiniami, jakoby dzieci nie powinny czytać na głos, gdyż – ponoć – wtedy utrwala się w nich nawyk subwokalizacji, ograniczający w przyszłości tempo czytania w myślach, a także sprzyjający czytaniu bez zrozumienia. Nie wiem, jakoś mnie to nie przekonuje. Powiedziałabym raczej, że czytanie na głos to wielka frajda, wspomagająca czytanie ze zrozumieniem. Ale może się po prostu nie znam…

Cieszę się, że są jeszcze dzieci, które nie wlepiają oczu jedynie w monitor, tylko karmią się przygodami książkowych bohaterów. Przy okazji projektują i budują swój układ nerwowy oraz fizyczną strukturę mózgu (jakkolwiek by to nie brzmiało). Z pożytkiem dla całego społeczeństwa. Amen.

Wszystkim "Pięknie Czytającym" serdecznie gratuluję! Konkurencja była ogromna, albowiem zgłosiło się ponad 200 uczestników, co przeszło najśmielsze oczekiwania organizatorów. Z tego też powodu konkurs rozciągnięto w czasie - z planowanych 2 dni zrobiło się 6 dni przesłuchań! Nagrodzono po 21 osób w każdej z kategorii. 

Wyniki dostępne są już na stronie TCKiS:
http://www.tckis.trzebnica.pl/954/74/konkurs-pieknego-czytania-wyniki.html



25.03.2015

Powystawowo - czyli "po drugiej stronie pióra"

Materiał spóźniony, i to bardzo. Ale ten Czas... wciąż bawi się ze mną w berka. A ja dostaję zadyszki - i przegrywam. Nieustannie w Niedoczasie...

Na podziękowania jednak nigdy nie jest za późno. To akurat ta kategoria, w której "lepiej późno niż wcale"...

Dziękuję więc serdecznie - za wszystkie dobre, ciepłe słowa. Nie przywykłam znajdować się po tej "drugiej stronie pióra" (zdecydowanie wolę pisać, niźli być opisywaną) - ale bardzo miło mi było czytać te pozytywne recenzje. Dziękuję!

Dziękuję:
- Pani Magdalenie Szymańskiej,
- Pani Agnieszce Pruszkowskiej-Jarosz,
- Pani Ewie Miedzwieckiej,
- Panu Waldemarowi Marcowi

oraz Pani Cecylii Śmieszkowskiej, Panu Sebastianowi Węgrzynowskiemu i pozostałym pracownikom PODM-P, Panu Staroście Robertowi Adachowi

i wszystkim tym, którzy mnie wspierali, dopingowali, motywowali, krzepili dobrym słowem oraz odwiedzili wystawę.

D Z I Ę K U J Ę !







Bogate życie wewnętrzne - rzecz o... pasożytach

Źródło: Allegro

„Masz bogate życie wewnętrzne...” – jakże innego znaczenia nabierają te słowa, w kontekście nauki przekazywanej przez (przyjmującą w Trzebnicy) naturopatkę, panią Paulinę Jodestol. I – wierzcie mi – nie chodzi tu bynajmniej o kłębiące się wewnątrz myśli czy emocje, a raczej o… pasożyty, które zamieszkują praktycznie w każdym z nas. Według danych WHO 95% ludzi na świecie nosi w sobie niechcianych lokatorów.

(Refleksja po lekturze książki pani Pauliny Jodestol - "Zdrowe pokolenie - odnowa ludzkości".)

Tak, tak, ja też dotąd myślałam, że skoro dbam o higienę, po każdym powrocie do domu, korzystaniu z toalety i przed posiłkami myję ręce, myję owoce i warzywa, mięso spożywam jedynie po poddaniu go wcześniej obróbce termicznej i tak dalej – z pewnością problem pasożytów mnie nie dotyczy. A przecież zagrożenie czyha z każdej niemal strony – banknoty i monety, poręcze, klamki, koszyki sklepowe, poczekalnie, kluby fitness, siłownie, baseny, kurz i pył… wszędzie, dosłownie wszędzie. Nie ma również reguły na to, do kogo zapuka taki „gość”: biedni, bogaci, starzy, młodzi, w wielkim mieście czy w odległej wsi – wszyscy jesteśmy potencjalnym celem parazytów.

Teoretycznie: sprawny układ immunologiczny powinien poradzić sobie z inwazją na nasz organizm. A jak wygląda to w praktyce? Chroniczny stres, zmęczenie, pośpiech, niewłaściwe odżywianie, wszechobecna chemia, zanieczyszczenie środowiska, toksyny, medykamenty (a zwłaszcza antybiotykoterapia) zaburzają naturalną równowagę i znacznie osłabiają układ odpornościowy człowieka. Nic więc dziwnego, że pasożyty, bakterie, wirusy, grzyby i pleśni mają ułatwione zadanie i bez trudu przenikają do naszego wnętrza, panosząc się tam bezlitośnie i systematycznie oraz skutecznie degradując nasze zdrowie.

Pasożyty nie byłyby pasożytami, gdyby doskonale nie maskowały swojej obecności. W końcu w ich interesie jest jak najdłużej czerpać profity ze swojej ofiary, wyssać z niej wszystko, co wartościowe, żywić się kosztem swojego – często nieświadomego tego faktu – „sponsora”. Najgorzej, że mogą egzystować w nas latami, niejako sterując nami, nie dając objawów na tyle jednoznacznych, jasnych, klarownych i czytelnych, byśmy zorientowali się, z czym mamy do czynienia. Dopiero, gdy ich liczba wzrośnie czy też spotka się w nas kilka gatunków – organizm zaczyna „fiksować” i odczuwać rozmaite dolegliwości. Zwykle jednak daleka jeszcze droga, by móc skojarzyć to z działaniem naszych „nieproszonych gości”.

Wędrujemy więc sobie od lekarza do lekarza, odsyłani od Annasza do Kajfasza. Internista, alergolog, dermatolog, endokrynolog, gastroenterolog, ginekolog, hematolog, immunolog, kardiolog, neurolog, otolaryngolog, reumatolog, urolog… a gdy już wyczerpiesz wszelkich możliwych „-logów”, spotykasz się z sugestią, że albo jesteś hipochondrykiem, albo powinieneś udać się jednak do… psychiatry.

Chyba, że wcześniej trafisz na kogoś, kto pokieruje Cię w stronę tematu pasożytów. Może to znacznie skrócić Twoje męczarnie, frustrację, oszczędzić Twój czas, pieniądze, energię.
Oczyszczanie organizmu z pasożytów – coś Ci to mówi? Dbasz o swoje mieszkanie, sprzątasz, myjesz, wietrzysz, pozbywasz się niepotrzebnych przedmiotów. Dbasz o swój samochód – regularnie robisz jego przegląd, korzystasz z myjni, wymieniasz olej. Dlaczego więc zapominasz o najważniejszym miejscu – swoim ciele, świątyni? Dlaczego nie eksmitujesz „wandali”, którzy niszczą Twoje najcenniejsze "mienie"? Tylko w ten sposób stworzysz fundamenty pod „nowy dom”, przestrzeń wolną od "toksycznych relacji" i mogącą na nowo odbudować zdrową mikroflorę.

Najtrudniejszy pierwszy krok…

Jeśli jesteś zdecydowany uczynić go, skontaktuj się z trzebnickim gabinetem naturopatki z dwudziestoletnim doświadczeniem – Pauliny Jodestol. Możesz uczynić to telefonicznie, dzwoniąc pod nr: 609 491 296. Możesz zajrzeć na stronę internetową: www.healthynation.pl. Możesz odszukać filmiki na YouTube, wpisując w wyszukiwarkę na stronie hasło „Paulina Jodestol”. Możesz również zamówić na Allegro książkę „Zdrowe pokolenie – odnowa ludzkości”, w której autorka dzieli się z czytelnikami swoim bogatym doświadczeniem i wiedzą.


Jestem przekonana, że po dogłębnym zapoznaniu się z tematem – ciężko Ci będzie zaznać spokoju. Któż bowiem świadomie pozwoli rujnować swoje zdrowie i życie?

23.02.2015

Bazarek Trzebnica zaprasza!

fot. Adrian Opałka
Jakiś czas temu powstało w Trzebnicy kolejne ciekawe miejsce, w którym warto pobuszować. Bazarek – gdzie współczesność przeplata się eklektycznie z odległą przeszłością. Znaleźć można tam nie tylko przedmioty codziennego użytku, ale jest to również doskonała baza wypadowa dla kolekcjonerów maści wszelakiej, hobbistów i miłośników staroci, albowiem pełno tam przedmiotów z duszą. Poszukiwacze okazji, szperacze unikatów, białych kruków – to eldorado powstało specjalnie dla Was, dlatego nie zwlekajcie, tylko czym prędzej skierujcie swoje kroki na ul. Św. Jadwigi 7, nieopodal dawnej siedziby gazety NOWa, do budynku gdzie mieścił się wcześniej ciucholand.

Praktycznie codziennie można znaleźć tam coś nowego, a wraz ze zmianą asortymentu, zmienia się automatycznie (jakże klimatyczny) wystrój sklepu. Sklep czynny jest od poniedziałku do piątku w godz. od 9.00 do 17.00, a także w sobotę od 9.00 do 13.00. Oprócz tego, że znaleźć można tam naprawdę przeróżne cuda i cudeńka, właściciel prowadzi także skup przedmiotów używanych. A że jest on prawdziwym pasjonatem – przekłada się to również na wachlarz oferowanych „materii”. Czegoż tam nie ma?! Militaria buńczucznie rozpychają się pośród tysiąca drobiazgów. Stylowe antyki dumnie prężą drewniane blaty; radosne mebelki dziecięce kuszą barwą i dizajnerskim stylem; szereg gitar aż prosi się, by pociągnąć za struny i zagrać nań obozowe pieśni; obiektywy starych aparatów fotograficznych wciąż mają pod powiekami ciepło i rozkosz letnich pejzaży. Sprzęt sportowy rwie się do działania. Dawne projektory czytają slajdy tamtych lat. Jakiś fotel marzy, by przysiadł na nim strudzony wędrowiec. Niemieckie księgi pachną tajemnicą. Zdumiony, porcelanowy anioł łypie na wszystko ciekawskim wzrokiem.


Jestem pewna, że kiedy zmierzch otula ten zakątek Trzebnicy, gdy księżyc delikatnie wpuszcza przez okienko swą łagodną poświatę – jest tam gwarnie i rojno, jak na najwytrawniejszym targu. Nie cichną przechwałki i przekomarzania, nie gasną niesamowite opowieści i wspomnienia, przestrzeń wypełniają legendy, klechdy, bajania i baśnie z wielu zakątków świata. Dokładnie z tylu, z ilu pochodzą składowane tam przedmioty. Te zaś przychodzą, odchodzą… pozostawiają ślad, część siebie, jakąś magiczną historię, dawne dzieje, pamięć o poprzednich właścicielach i nadzieję na to, że w nowym domu odnajdą należne miejsce i jeszcze komuś posłużą, przysłużą się, pomogą. To bowiem cenią sobie najbardziej: użyteczność i poczucie bycia potrzebnym.

(fot. Adrian Opałka)