26.11.2012

Misiowe świętowanie



W ramach obchodów Światowego Dnia Pluszowego Misia dzieci z grupy przedszkolnej ze Szkoły Podstawowej nr 3 w Trzebnicy – wraz z wychowawczynią oraz pluszowymi przyjaciółmi - odwiedziły dział dziecięcy Biblioteki Publicznej. Było niezwykle miło, sympatycznie i bardzo wesoło. Nie zabrakło misiowych konkurencji i zgadywanek. Dzieci (jak to dzieci) we wszystko wkładały masę energii, entuzjazmu i gorące serduszka – dlatego spotkanie pozostawiło w nas niezapomniane wrażenia.

Kiedy tak patrzyłam na te uśmiechnięte buźki – pragnęłam znowu mieć sześć lat. Ścigać się o beczułkę miodu, znać na pamięć przygody animowanych niedźwiadków i tulić do siebie zwierzaka nadziewanego watą. Cudny to stan.





















24.11.2012

Michał Szczepański w koncercie "Jak słuchać muzyki?"

Tekst powstał dla Starostwa Powiatowego w Trzebnicy:
http://powiat.trzebnica.pl/index.php/news/view/474



Za nami 140. koncert umuzykalniający dla młodzieży z cyklu „Jak słuchać muzyki?”. Fortepian poskramiał Michał Szczepański, (niezwykłe) słowo o muzyce wygłaszał profesor Juliusz Adamowski, a dźwiękami przemawiali do słuchaczy: Claude Debussy, Siergiej Rachmaninov, Fryderyk Chopin i Ferenc Liszt.

Warto dodać, iż pianista Michał Szczepański jest kociogórzaninem, mieszkańcem Obornik Śląskich.

Tym razem w relacji – nietypowo - nie skupię się na grze, która – naturalnie – była wyśmienita. Wolałabym napisać o czymś, co od dawna kołatało po mojej głowie (niczym jaskółka, która wpadła do pokoju przez niedomknięte okno), a co ze spokojem pochwycił Profesor, delikatnie ugłaskał, oswoił, pięknie nazwał i wypuścił na wolność. Kto chce, kto wsłucha się w dźwięki codzienności – może to usłyszeć…

Muzyka. Czy coś przemawia do nas dobitniej niźli ona? Rzekłabym, iż moc ma porównywalną do mocy żywiołów. Sam Debussy mówił o niej tak: „Muzyka jest sztuką najbliższą naturze. Tylko muzycy mają przywilej ujmowania całej poezji nocy i dnia, ziemi i nieba, odtwarzania ich atmosfery i rytmu ich nieskończonych drgań”. „Któż przeniknie sekret kompozycji? Szmer morza, linia horyzontu, wiatr wśród liści, krzyk ptaka – pozostawiają w nas rozmaite wrażenia, i nagle, bez względu na to, czy się tego chce, czy nie, jedno z tych wspomnień wylewa się z nas i wyraża w języku muzycznym”.

Przyrodę i muzykę oplata jakiś nienazwany związek. Złączone są więzami, które trudno wyrazić, ale które w niebanalny sposób wpływają na ludzką wyobraźnię, emocje, nastroje, inspiracje, skojarzenia, sposób odczuwania i przyjmowania tego, co ofiarowuje nam chwila. One albo próbują nam coś opowiedzieć – i kto uważny, ten wyłowi z pejzażu (również pejzażu dźwięków) elementy układanki, albo próbują harmonijnie zepchnąć nas na tor danych uczuć – i kto wrażliwy, ten schwyci w duszy wędkę ową falę.

Należy również dodać, iż nie ma jednej słusznej drogi, którą muzyka nas prowadzi. Każdy może na niej znaleźć skrawek dla siebie samego, każdy może odkryć własną odnogę, dolinę czy wzgórze, każdy ukocha inny fragment ścieżki: ktoś wybierze prosty, bez wybojów, inny zaś zafascynuje się zawijasami zakrętów. Muzyka wzbudzi w każdym inny rodzaj ekspresji. W jednym poruszy strunę melancholii, nostalgii, wspomnień, innego popchnie do działania. Wszystko to zależy od doboru tonacji, rejestru instrumentów, ale i od naszego nastawienia, dotychczasowych doświadczeń, stopnia wrażliwości, empatii, otwartości i wielu innych bodźców.

Muzyka może być zarówno procesem, jak i ulotną chwilą. Podobnie jak przyroda. Podobnie jak nasze emocje.

Każdy ma prawo do osobistego odbioru sztuki. Tego nie da się narzucić odbiorcy, artyzm bowiem potrafi zerwać się z łańcucha wszelkich konwenansów. Możemy zasugerować się tym, co chciał nam przekazać twórca, możemy użyć znajomości pewnych prawideł by odpowiednio nastroić swą percepcję na przyjęcie dzieła, ale nie jesteśmy w stanie nakazać zmysłom odebrać coś tak, a nie inaczej. „Clair de lune” – dla jednego czytelny przekaz, Światło księżyca, tak odległe, niegłośne, spokojne, inny zaś może w trakcie utworu odpłynąć gdzieś we wspomnień krajobraz, w dawne - skąpane nostalgii kurzem – alejki, w bezpieczne matczyne ramiona, w błogie dzieciństwa marzenia, w tęsknotę i zadumę. I nikt nie może temu drugiemu zarzucić, iż zbłądził. Ma prawo do własnej interpretacji i sobie tylko właściwych doznań.

To, z czym spotykamy się w świecie dźwięków, jest nie tylko piękne, ale i szczere, dlatego porusza, wpływa na nas, jest dla nas ważne. Muzyka potrafi wyrazić uczucia zarówno ekstrawertyczne, jak i introwertyczne. Wie jak połączyć w sobie dobra natury, światłocień malarski i poetyckie metafory. Umie też (trochę przewrotnie) przemawiać ciszą, pauzą, zawieszeniem…

Aby usłyszeć ją, tak prawdziwie (trzeba bowiem przypomnieć, że słowa „słuchać” a „słyszeć” nie są jednoznaczne) należy najpierw pokochać ciszę. Muzyka jest bardzo zazdrosną panią – pragnie skupiać na sobie całą naszą uwagę, chce byśmy podczas delektowania się nią poświęceni byli tylko i wyłącznie jej. Kiedy rozdrobnimy się na inne czynności – ona wylewa się chyłkiem z dzbana doznań, umyka nam, przecieka przez palce czasu. Muzyka chce być dla nas ważną – kiedy poczuje się taka, potrafi dać nam więcej niźli możemy sobie wyobrazić. Mówimy – oczywiście - o muzyce wypełnionej na skroś emocjami, mechaniczna papka nie daje nam dużo – więc i nie ma podobnych oczekiwań.

Podczas spotkania wyobraziłam sobie codzienność, w której muzyka klasyczna rozbrzmiewa w szkolnych radiowęzłach, w radio, na przystankach autobusowych, w poczekalniach, przy deptakach i ścieżkach spacerowych. Może wtenczas społeczeństwo - jakoś automatycznie - nasiąkałoby wartościami? Może tak udałoby się - powoli i w sposób cichy, nienachalny - korygować naszą mentalność, która poczęła zmierzać chyba w niewłaściwym kierunku? I tak – począwszy od siebie samych – zmienialibyśmy świat… Ehh, marzenia.

Zastanawiałam się też ilu z tych młodych ludzi przyszłoby na spotkanie z własnej, nieprzymuszonej woli, gdyby nie było to przykazem władz szkolnych? Ilu z tych, którzy uczestniczyli w koncercie, zarejestrują to na taśmie wspomnień? Jakie odczucia im towarzyszyły, które z nich zapamiętają?

Słyszałam kiedyś przypowieść o człowieku, który szedł piaszczystą plażą i wrzucał do morza meduzy wyrzucone przez fale na brzeg. Ktoś go zapytał: „po co to czynisz i tak nie uratujesz wszystkich?”, na co on odpowiedział: „wszystkich może nie, ale dla tych kilku, które powrócą do wody będzie to ważne.” Pięknie wkomponowuje mi się to w refleksję na zakończenie. Opisuje misję, którą wziął na siebie profesor Adamowski (oczywiście przy współudziale wszystkich tych, którzy pomagają przy realizacji programu, finansują go, tudzież zasiadają dla nas przed fortepianem).

Bardzo lubię koncerty z cyklu „Jak słuchać muzyki?”. Wynoszę z nich nie tylko dreszcze rozkoszy, ale i wiele cennych przemyśleń, upchniętych równo w walizce doświadczeń.




























21.11.2012

Konrad Marecki i jego singiel "Oddech"

Okładka pochodzi z autorskiej strony Konrada


Od dawna zbierałam się do przyklejenia na swą blogową tablicę paru zdań ze słowami kluczowymi: „Konrad Marecki”.

Właściwie nigdy nie miałam sposobności poznać Konrada bliżej, niemniej od dłuższego już czasu z zainteresowaniem przyglądam się jego poczynaniom. A pomysłów ma całe tony – nie wiem jak to dźwiga? Szusuje wartkim nurtem rozmaitych gatunków muzycznych, genialnie posługuje się słowną szermierką, urządza slalomy pośród poetyckich gwiazdozbiorów, maczał również palce w kilku etiudach filmowych. Pewnie popełnia też masę innych wariacji o których zwyczajnie nie wiem.

Niestrudzony eksperymentator. Inkubator masy inicjatyw i przedsięwzięć. W głowie ma chyba wylęgarnię pozytywnych impulsów i niebywałych bodźców. Działa z prędkością światła. Wszędzie go pełno. Cenię jego determinację – i wiem, że doprowadzi go ona do stóp szklanych gór, a stamtąd już tylko krok na szczyt. Jakkolwiek go pojmować. Potencjał, talent, konsekwencja w dążeniu do celu i wytrwała praca – to składniki z których powstaje mus sukcesu.

Konrad jest samoukiem. Rzec by można, iż taki z niego trochę nieoszlifowany diament. Jak dla mnie – idealnie. Właśnie w tymże „nieoszlifowaniu” wyczuwam jego wielką moc. Jest ciekawym świata wędrowcem, poszukiwaczem, eksploratorem. Gdyby go oszlifować – zachwycałby blaskiem, ja jednak ponad ten „zachwyt” stawiam „zaskoczenie”. A on sam – a właściwie to jego pomysły – wciąż mnie zaskakują. Trochę jak z tym gonieniem króliczka, gdzie ostatecznie nie chodzi o schwytanie go, ale o cały ten proces podczas spontanicznej gonitwy, który przynosi tyle niesamowitych doznań.

Zapomniałabym dodać, że tym, co elektryzuje w Konradzie jest jego niezwykły „rodzaj” wrażliwości, taki niecodzienny, niebanalny, trochę może… nieteraźniejszy? – w każdym bądź razie: nieczęsto spotykany. Mocne sacrum w delikatnej panierce z ludzkiego, jakże potrzebnego profanum. Tak przynajmniej to odbieram…

Zresztą nie będę długo rozwodziła się nad tematem, bowiem Konrad sam doskonale włada słowem. W jego imieniu zapraszam Państwa na stronę http://konradmarecki.blogspot.com/. Znajdują się tam m. in. notki biograficzne, dyskografia (na razie nie jest to dział obszerny, ale liczę na rychły jego wzrost), aktualności czy też plany na najbliższą przyszłość. Można też odsłuchać materiał z jego debiutanckiego singla pod tytułem „Oddech”. Swoją premierę miał on 31 października.

W sesji nagraniowej „Oddechu” udział wziął Wojtek Michałowski (lider i klawiszowiec grupy Mortual), odpowiadający za końcową produkcję, programowanie perkusji i ekspresję klawiszowego brzmienia. Okładkę zaś zaprojektowała i przygotowała Agata Winiarska.

Mawiają, iż najważniejsze, by robić w życiu to, co się kocha. Nie jest to - bynajmniej - pusty slogan. Szczęście rozlewa się wówczas z dzbana poczynań i skrapia wszystko i wszystkich, którzy znajdą się na naszej drodze. Piękny to stan.

W mojej mp3 zadomowił się „Oddech”. Wiem też, że to dopiero przedsmak tego, czym Konrad jeszcze nas poczęstuje. Z niecierpliwością czekam na więcej.

Zachęcam też do wspierania lokalnych artystów. Amen.

08.11.2012

Anioły na Artwrzosowisku. W TCKiS wszystko.


 Rozanielił się miejski dom kultury. Kulturalne anioły - z gracją - rozsiadły się na ścianach.


Tu przycupnęli zakochańce, serca kwiat pielęgnując z czułością. Tam znów spaceruje jegomość z awangardą za kołnierzem, żonglując czekoladowymi motylami bez opamiętania. Wiosny opiekunowi zieleń zakwitła na głowie, śpioch marzy o puszystych snach, a miłośnikowi morskich rozkoszy włosy rozlały się kaskadą błękitu. Egzotyka drzemie spokojnie w cieniu powszedniości.

Nie oszalałam. Obejrzałam - po prostu – (kolejną) wystawę prac pani Mariny Czajkowskiej. Uwielbiam twórczość tejże artystki. Te magiczne obrazy rozkochały mnie w sobie od pierwszego wejrzenia. Najpierw naj-mrrrrr-epsze kociaki mruczały mi do oczu. Potem kościoły, cerkwie i wiatraki bujały się pośród chmur i marzeń. A teraz te anioły – wodzą na pokuszenie, częstując raju okruszkami.

Kiedy tak fruwam z obrazu na obraz, jak pszczółka co zbiera wykwintny nektar, czuję niezwykłą lekkość. Jakbym skrzydeł dostała – motylich, tudzież anielskich. Wydaje mi się wtedy jakobym  zrywała się z łańcucha wszelkich ograniczeń, uwalniam zmysły z postrzegania tego co wokół poprzez pryzmat dorosłości. Staję się dzieckiem – chcącym chłonąć tę słodycz każdą cząstką swego ego. Dzieckiem z jasnym umysłem, czystym sercem, radosną duszą – potrafiącym zrozumieć mowę wiatru, wiatraków, elfów, skrzatów, krasnali, aniołów i innych skrzydlatych czy rogatych. Dzieckiem do którego tęsknię – i które budzi się we mnie od czasu do czasu, czując zew i niezwykły aromat bajlandii. A potem znów zapada w marazm i odrętwienie dnia codziennego – do kolejnego razu, aż jakiś bodziec uskrzydli je i zwróci mu puls wszechświata. Przeciera wtedy zaspane oczęta, przeciąga się, leniwie ziewając i nie może nadziwić się jakież to cuda łopocą schwytane w pajęczynę rzeczywistości.

Dziękuję, pani Marino, za owe przebudzenie. Delikatne muśnięcie anielskich skrzydeł połaskotało mnie po nosie. Strąciło z nosa oprawki, które czynią, że dzień wydaje się jednostajny, monotonny, bury i pospolity. Wytargało za uszy z błędnego przekonania, że powinniśmy stąpać po zwyczajnym gruncie utartych przyzwyczajeń. A przecież piękniej jest poddać się kuracji uskrzydlającej. Sypiącej po oczach niesfornymi bąbelkami wzruszeń. Rozkwitającej nieposkromionymi barwami tęczy. Tańczącej na płótnie nieokiełznanymi kropkami, beztroskimi plamami, rozwichrzonymi kreskami i niepoznanymi dotąd kształtami. Bo takie właśnie są obrazy powstałe w pracowni „4mara”: rozbuchane niesamowitą ekspresją, czarodziejską energią, nieskończonością kolorystyki, wysublimowane, a jednocześnie tak ulotne, subtelne i łagodne, sprawiające wrażenie, iż mocniejszy oddech rozmyje je we mgle. Tutaj wszystko żyje, jest w ciągłym ruchu, płynie, wierci się, szepcze, rozlewa muzyką, łapie za ogon zapachy, pobudza naszą chętkę na smakowanie niezwykłości, płata figle. Różnorodność faktur, technik, kompozycji przenosi nas na nieznane lądy, drogi, bezdroża, atole, laguny, cumulusy i przedsionki nieba.

Boję się, że odłączona od respiratora doznań, znów zapadnę w sen. Przestanę istnieć, tańczyć ze skrzydlatymi, słuchać ich bajania. Ubiorę powieki  w katarakty kaftan. I zapomnę, która codzienność jest tą prawdziwszą, bliższą mi, dającą ukojenie.

Choć wiem, że każdy jest – dzięki Bogu - jedyny i niepowtarzalny, to jeśli mogłabym wyprosić w darze jakiś prezent – chciałabym mieć pędzel lekki jak pani Marina. Tak samo bajeczny. Potrafiący odczarowywać codzienność. Marzenie…

Gorąco polecam zmysłowy spacer po Artwrzosowisku. Odbędzie się on 16 listopada o godz. 18.00 w TCKiS. Rozkosze czekające na odbiorców:
- ”Quod non est paululum dicere” - wystawa malarstwa Mariny Czajkowskiej,
- "Wspomnienie" - wystawa gobelinów Marii Gostylli - Pachuckiej,
- i "Blues na wrzosowisku" - koncert grupy Ktoś Gdzieś Kiedyś Coś.