16.04.2013

Afirmacja życia i lokalny patriotyzm - po trzebnicku. Poezja p. Danuty Kamińskiej.



Rzec by można: trochę prywaty na lokalne tematy...

Tuż przed świętami wielkanocnymi, spotkała mnie miła niespodzianka. Dostałam wiadomość z adnotacją, bym udała się tam a tam, celem odebrania tajemniczej przesyłki (dziękuję Nadawcy). Poszłam – i… zastałam pakiet dziesięciu książeczek, autorstwa trzebnickiej poetki, pani Danuty Kamińskiej. Były tam zarówno tomiki poetyckie, jak i literatura skierowana do dzieci. Dostałam w darze kilka dni namiętnego czytania „na dobranoc”.

Najpierw pochłonęliśmy pozycje „dzieciowe”. „Motylek Bazylek i inne wierszyki dla najmłodszych” (2005 r.), „Urodziny Zuzi i inne wierszyki dla najmłodszych” (2006 r.), Pimpuś nauczycielem” (2010 r.). Lekko płynęłam strugą wersów, co rusz przystając rodzinną łódką, by przyjrzeć się prezentowanym postaciom z bliska, omówić ich zachowania, czy promiennie roześmiać się od ucha do ucha. Rach, ciach, wiosłem słowa – i dalej, do przodu. Pogodny i radosny to był spływ. Ciepła bryza ochlustała nas od stóp do głów. Jakoś tak błogo się zrobiło, przyjemnie.

Pomimo, iż przed nami iskrzył się błogosławiony czas Wielkiej Nocy, zanurzyliśmy się również w lekturę „Kolęd i pastorałek” (2008 r.). Właściwie pogoda za oknem malowniczo pomagała nam wczuć się w atmosferę. Hosanna i Alleluja barwnie przeplatały nam się z gwiazdkami, Gloriami i Ej, kolędami… Wiosna pokazała swą eklektyczną twarz.

Później przeszliśmy do trzebnickich malowideł. „Trzebnica piórem i piórkiem” (2009 r.) oraz „Marzy nam się uzdrowisko. O Trzebnicy – mieście z bajki” (2012 r.), to pozycje, które zajęły szczególne miejsce na bibliotecznej półeczce mego serca. W sposób szczery, prostolinijny i tak niezwykle przystępny opisują wszystko to, co i mi drogie jest. Oprowadzają po zakamarkach, gdzie każdego dnia zostawiam cząstkę siebie, swoich pozytywnych myśli i niewygórowanych pragnień: by żyło nam się tu dobrze, spokojnie, by otaczała nas życzliwość, dłonie chętne do pomocy i empatyczne dusze.

Kiedy zawędrowaliśmy ku kolejnym pozycjom, czułam już dokładnie, iż moje spojrzenie na życie całkiem bliskie jest spojrzeniu Autorki. „Mój mikrokosmos. Rozmowy liryczne z najbliższymi” (2003 r.), „W kolorach tęczy” (2004 r.), „Z całego serca życzę Ci” (2005 r.), „Rozmowy” (2006 r.). Pokora, prostota, wrażliwość, franciszkańska afirmacja życia, dostrzeganie niezwykłości w okruszkach dnia codziennego, zaduma nad egzystencją, dystans wobec niedoskonałości, optymizm, erudycja, nawoływanie do przyzwoitości, poszanowanie, wdzięczność wobec najbliższych i umiłowanie małej ojczyzny – tak najkrócej można by scharakteryzować to, czym poetka dzieli się z nami, czytelnikami.

Nie będę rozwodziła się nad bibliografią, bowiem wspaniale uczyniła to – w posłowiu - pani Elżbieta Warulik. Właściwie niczego doń dodać, niczego odeń odjąć. Wszystko na swoim miejscu: doskonale dobrane słowa, odziane w szykowną, stylową, bogatą formę.

Na koniec zostawiłam informację, iż ilustracje do książeczek stworzyły dwie wspaniałe, trzebnickie artystki (mama i córka), panie: Ewa oraz Marta Mroczek. Lekka kreska, urocze pejzaże – cóż tu więcej pisać?

Wstyd mi, po prostu, że wcześniej moja biblioteczka uboższa była o te pozycje. Zawiera się w nich kwintesencja miłości do wszystkiego, co wiąże się z Kocimi Górami (choć nie tylko).

Dziękuję serdecznie, Pani Danusiu. Niechaj radość istnienia i rozmarzona Wena nigdy Pani nie opuszczają!

14.04.2013

Kociogórskie bajania III. Klucz.



- Gdzież mógł podziać się ten klucz? Jak święty mógł go zgubić? A może został mu skradziony? – członkowie rodziny zastanawiali się gorączkowo, jeden przez drugiego.

Teraz jednak pora wypocząć. Zagadka będzie musiała poczekać.

- Mamusiu, ależ to nie przystoi, by św. Piotr paradował na trzebnickim herbie z jednym jeno kluczem!
- No synku, jakoś będzie musiał to udźwignąć i poradzić sobie. My musimy zjeść kolację i położyć się już spać, inaczej nie będziemy mieli siły, by mu pomóc.
Padło przeciągłe - Nooo doooobra – kryjące w sobie wiele niezadowolenia i żalu.
Cóż, mama to taki zawód, w którym przyjemności przeplatają się z koniecznością dopilnowania dyscypliny.

Rankiem wyszliśmy na spacer. Wczorajsze przygody zdawały się już być tylko mglistym snem, ale pamiątki znalezione na Ramowej Górze świadczyły o czymś zupełnie innym. Pragnęliśmy rozwikłać sekret zaginionego klucza, ale nie bardzo wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać. Postanowiliśmy więc – na początek – mieć szeroko otwarte oczy i uszy. Podczas przechadzki spostrzegliśmy, iż w szyldzie „Hotelu Trzebnica” brakuje literki „R”. Dotąd nie zauważaliśmy tego braku – może po prostu byliśmy mało spostrzegawczy? Na żaden inny trop nie natrafiliśmy… I tak upłynął nam dzień, ten, kolejny, i jeszcze następne. Spowite mrozem i śnieżnym płaszczem Królowej Zimy.

W ciągu kilku tygodni udało nam się zgromadzić jeszcze kilka literek, które pieczołowicie zapisywaliśmy, sądząc, że mogą stać się poszlakami w tej niezwykle tajemniczej sprawie. I tak w „P_nkcie Informacji Turystycznej” widniała luka po literce „U”. W „__pitalu im. św. Jadwigi Śląskiej” pustką świeciły dwa pierwsze znaki, czyli wyparowała głoska „SZ”. Najbardziej jednak zaskoczyło nas spustoszenie, kiedy wędrowaliśmy niespiesznie malowniczymi okolicami trzebnickich stawów…


- Mamo, prędko! Spójrz na szyld aquaparku!
Źle się tu działo. __Z_B_ICKI P_R_ WODN_ „ZDRÓJ” – głosił napis na ścianie.
- Dobra, chłopcy. Ma ktoś notesik? Musimy to czym prędzej zapisać: „T-R-E-N-A-K-Y”. Ciągle jednak nic nam to nie mówiło.
Dobrze, usiądźmy i spokojnie podsumujmy, co mamy.
- „R-U-S-Z-T-R-E-N-A-K-Y” Rusztrenaky? Co to może oznaczać? A może jeszcze ciągle czegoś nam brakuje, może coś przeoczyliśmy? Pomyślmy…
- A gdyby tak poprzestawiać literki? – zaproponował nieśmiało Igor.
- Spróbujmy, może to faktycznie anagram, którego rozwiązanie wskaże nam coś istotnego.
-„ Rynek” oraz… ! – zakrzyknął triumfalnie Igor,
- „… Ratusz!” – dokończył niezawodny Borys.
Brawo, chłopaki! Mama nie kryła zadowolenia i dumy. Tylko… co dalej?

Ale to „dalej” to już kolejnego dnia… dzisiaj znowu nadeszła pora na sen. Rankiem myśli są zdecydowanie świeższe i zwinniejsze.
- Dooobrze – tym razem obyło się bez grymasów.

Noc przyniosła niespodziankę.
Kiedy mama z Igorem w najlepsze przewracali się na drugi bok, Borysek, który jest przysłowiowym „rannym ptaszkiem” zerwał się na równie nogi i zaczął poszturchiwać współmieszkańców.
- Wstawajcie, szybciutko, już ranek. Trzeba zbierać się do pracy. Śnił mi się SuperKot, wszystko mi wyjaśnił.
- Synku, błagam, połóż się,  jeszcze wczesna godzina… To był tylko sen – mama (tradycyjnie)próbowała wynegocjować jeszcze kilka minut słodkiej drzemki.
- Mamo, ja już wszystko wiem! SuperKot mi podpowiedział!
- Synku, śpiiiiij… Jaki SuperKot?
- No wiesz, ta nowa maskotka Trzebnicy…
Zdjęcie pochodzi ze strony trzebnickiego Urzędu Miejskiego: Super Kot z Trzebnicy
Mama zerwał się na równe nogi. Dobrze; zjedzmy śniadanko, wymyjmy się, ubierzmy i wszystko nam, Borysie, opowiesz.

Nie będę tutaj zdradzała sekretów sennych. Napiszę jedynie, że poszliśmy w okolice Ratusza. Rozglądaliśmy się na wszystkie strony, ażeby coś istotnego nie uszło naszej uwadze. Tuż przy schodach chłopcy ujrzeli błyszczący drobiazg. Schylili się i okazało się, że to… zaginiony klucz z herbu, tylko w pomniejszeniu. Pchnęliśmy masywne, drewniane drzwi i weszliśmy do środka. Byliśmy tu wielokrotnie, zwiedzając cuda Muzeum Regionalnego. Tym razem jednak coś innego nas zafrapowało. Jakiś dziwny blask: jaśniał, promieniał, pulsował świetlistą mocą. Z owego światła poczęły zarysowywać się kształty, początkowo niewyraźne, w końcu coraz bardziej sprecyzowane. Po chwili widzieliśmy już dokładnie migocące drzwi. Skrząca się złociście ręka wskazała nam, byśmy przekręcili klucz w zamku. Ten sam klucz, który znaleźliśmy kilka minut temu; ten sam, którego poszukiwaliśmy od tygodni. Małe, ciche zgrzytnięcie i znaleźliśmy się w pięknej komnacie. Było w niej bardzo jasno, początkowo mrużyć musieliśmy oczy, za moment jednak nasz wzrok przywykł do rozjarzonego krajobrazu. To, co zobaczyliśmy w środku wymyka się wszelkim logicznym rozumowaniom. Zakotłowało się, gwar niesłychany. Postacie, dziesiątki postaci. Jakby nie z tej epoki. Szare. Kolorowe. Rewia mody z przestrzeni ostatnich stuleci.

Nagle na czoło pochodu wysunęła się czarująca kobieta. Roztaczała wokół niezwykłą aurę. Pachniała fiołkową wonią. Była tak urocza, że trudno to nawet opisać: we włosy wplecione miała barwne kwiaty, szykowna suknia opleciona była najróżniejszymi odcieniami zieleni i bił od niej niezwykły blask oraz ciepło. Przy kimś takim budzić można się do życia. Ktoś taki z pewnością może zauroczyć. Kiedy przemówiła, głos jej rozbrzmiał tysiącem ptasich treli, szeptem delikatnego wietrzyka i melodią młodych listków, rozedrganych i płochych.

- Jestem Wiosna. Dziękuję, że mnie uwolniliście. Nie wiem jakim cudem znalazłam się tutaj, ale pewne jest to, że utknęłam na dobre. Tam, na zewnątrz pewnie już się niepokoją, dlaczego tak długo zwlekam z przybyciem. Nie mogę tracić ani chwili. Odwdzięczę się wam, dziękuję! Do zobaczenia! – i odeszła.

Później, po kolei, wypływać zaczęły inne postaci. Napisałam „wypływać”, albowiem czyniły to z gracją i nieomal nie dotykając stopami ziemi.
- Mamo, oni wyglądają jak… jak duchy – szepnął Igor – Kiedy będziesz opisywała tę historię, koniecznie dodaj, że to dobre duchy, aby dzieci czytające bajeczkę nie wystraszyły się. Bo wiesz… niektóre dzieci boją się, myśląc, że duchy są tylko złe, groźne i straszą, a przecież ci ludzie… uśmiechają się, mają dobre zamiary, są pokojowo usposobieni.

To prawda. Wokół nas – na fali obecnego czasu – dryfowały przeróżne postaci. W strojach średniowiecznych, w żołnierskich mundurach, habitach,  a nawet z wielkimi pacyfkami na szyjach - „dzieci-kwiaty”. Pomyślałam sobie, że być może każdego dnia oni mijają nas na ulicach naszego ukochanego miasteczka, tylko nie każdemu dane jest zobaczyć ich? Może ów klucz otworzył nasze serca i umysły?

Nagle obok nas, nie wiadomo kiedy i jak, znalazła się Dobromiła (kto nie ominął drugiej części Kociogórskich bajań wie o kim mowa).
- Poznajcie moich rodziców, mama Ludomiła i tato, Bolesław.
- Bardzo nam miło, jesteśmy zaszczyceni – skłoniliśmy się, z lekkim onieśmieleniem.
- Dziękujemy wam. Tylko nie mówcie, że nie ma za co – przemówił tato naszej przyjaciółki z przeszłości – i pędźcie tam, bo ktoś na was czeka.

Odwróciliśmy się we wskazanym kierunku. Rozpoznałam. Wujek Józek i ciocia Kazia. Zmarli oboje, niespodzianie, jedno za drugim, wtedy, gdy chłopcy rozkoszowali się beztroską życia prenatalnego. Jakby zwolnili dobrowolnie dwa miejsca w rodzinie.
- No, w końcu was poznaliśmy. Dużo o was słyszeliśmy, dzielne z was chłopaki! – przygarnęli do piersi zdezorientowanych bliźniaków.

Co było dalej – dla Was, Drodzy Czytelnicy, nie jest istotne. Takie tam rodzinne sprawy: łzy szczęścia, pytania, wspomnienia, obietnice… Usłyszeć za to pewnie chcielibyście o tym, co znaleźliśmy później. Otóż kiedy w 1869 r. otwarto murowany Ratusz, w jednej ze ścian obiektu umieszczono kamień węgielny. Do skrzyni włożono wówczas m. in. ówczesne dokumenty, gazety i pieniądze. Do tej pory sądzono, że wszystko to przepadło, podczas pożaru w 1945 r. A teraz my to odnajdujemy, wyobrażacie sobie? Kluczem było - po prostu - odkrycie sekretnej komnaty. Czy to nie proste i logiczne? Dla dzieci – na pewno.

- Dziękuję ci, SuperKocie  – szepnął pod nosem rozanielony, rozmarzony Borysek.
I wtedy wszyscy TO usłyszeliśmy…
- Mrrrrrraaaaauuuu. Nie ma za co. Zerknijcie też do herbu Trzebnicy z 1321 r. Zobaczycie, że tam św. Piotr trzyma jedynie jeden klucz. To też miała być podpowiedź, ale jej nie rozszyfrowaliście. Historia was wzywała. Chciała pokazać, że wszystko co jest dzisiaj, cały potencjał, który drzemie w czymkolwiek - nie wziął się znikąd. Ma swoje korzenie. I od tych korzeni nigdy nie należy się odcinać. Dzięki nim jesteśmy kim jesteśmy, zmierzamy dokąd zmierzamy… Ale już nie przynudzam. Czuwajcie, Kociogórzanie, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro!
Zdjęcie pochodzi ze strony Towarzystwa Miłośników Ziemi Trzebnickiej i przedstawia herb Trzebnicy z  1321 r.
Nie ujrzeliśmy go nawet. Próbowaliśmy jeszcze nawiązać kontakt głosowy, ale daremnie.

Nagle, w korytarzu Ratusza, zjawił się kustosz Muzeum Regionalnego, pan Zbigniew, artysta plastyk, grafik, twórca ekslibrisów.
- No, co tak stoicie, jakbyście duchy zobaczyli? – zagadnął do nas pogodnie.
- A Pan też je widział? – zapytaliśmy z nadzieją w głosie.
- One zawsze nam towarzyszą. Cóż w tym dziwnego? – odpowiedzią odpowiedział na nasze pytanie. Zmieszaliśmy się. Właściwie… prawda.
- No, zbierajcie się już, zamykam – dodał.
- Do widzenia!
- Do widzenia. Tylko nie zapomnijcie oddać Piotrowi jego klucza – rzekł pan Zbyszek i mrugnął do nas okiem.

05.04.2013

Wystawa prac amatorów malarstwa z powiatu trzebnickiego


Artykuł powstał dla Starostwa Powiatowego w Trzebnicy:
http://powiat.trzebnica.pl/index.php/news/view/562
W budynku Starostwa Powiatowego przy ul. Leśnej, w sali konferencyjno-wystawienniczej, miejsce ma właśnie wystawa prac malarskich "młodych talentów" z powiatu trzebnickiego. Dostępna jest dla zwiedzających od poniedziałku do piątku w godzinach od 10.00 do 15.00, w sobotę o tej samej porze oraz w niedzielę od 11.00 do 15.00. Potrwa do 10 kwietnia. Serdecznie zapraszamy i zachęcamy do zwiedzania.

 Jest to inicjatywa mająca na celu „wydobycie na światło dzienne” - ukrytych gdzieś w cieniu naszej niewiedzy - artystycznych dusz. Byliśmy otwarci na Wasze zgłoszenia, swoje prace wystawić mógł każdy chętny. W sumie uzbierało się 26 obrazów i obrazków. Rozbieżność wiekowa spora, zatem forma wraz z treścią są bardzo różnorodne. Zresztą: spójrzcie Państwo sami.

 Dało to jednak wyraz temu, jak wiele talentów kryje się pośród powiatowych zakamarków. Idąc ulicą, stojąc w sklepowych czy urzędowych kolejkach, podróżując środkami komunikacji miejskiej – nawet nie zdajemy sobie sprawy, że oto właśnie obok nas stać czy siedzieć może ktoś z niebywałym zmysłem artystycznym, z pasją, zacięciem. Może właśnie dzisiaj uśmiechnąłeś/uśmiechnęłaś się do jednego/jednej z nich? Są wśród nas – i to niezwykle radosna nowina.

 Wracając jednak do wystawy… Ze sztuką jest tak, że często odbieramy ją bardzo subiektywnie. Porusza nas, wzrusza, budzi wspomnienia, gra na strunach nostalgii, rozlewa w nas rozmaite emocje. Z tego powodu coś podoba nam się mocniej, coś mniej.

 Moim (czyli osoby piszącej ten tekst) zdecydowanym faworytem jest obraz z kobietą, mężczyzną, rozmokłym parkiem i czerwonym parasolem (ktoś bardziej biegły w tematyce malarskiej może skorygować barwę, bowiem jej odcienie i odmiany często odbiegają daleko od czystej czerwieni – ja jednak nie jestem w tym temacie znawcą). Idealnie odzwierciedla wszystko to, co drzemie głęboko w mojej duszy, w rozmaitych pokładach pragnień, marzeń, sentymentów.

 Jednak nie mniej piękna jest zaprezentowana ikonografia, jej prostota, oszczędność w środkach, wyrazista kolorystyka. Klimatyczne szkice ołówkiem. Kopia poruszającego obrazu Jacka Malczewskiego pt. „Śmierć”. Dziewczynka wypatrująca za oknem – czego? kogo? Niebieskie oczy (oraz kołnierzyk) mężczyzny z papierosem. Elegancka dama w stylowej zieleni. Urocze pejzaże i pachnące kwiaty – aż tęskno bardziej do wiosny! Pierwsze próbki twórczości odważnej, dwunastoletniej Wiktorii… Ech, co tu dużo pisać – to trzeba obejrzeć!

 Polecamy!













 




















03.04.2013

Trzebnicki SuperRatusz. Pigułka historii dla dzieci.



Co się tutaj dzieje?
Trzebnicki Ratusz opowiada swe dzieje…

„Nie od początku wyglądałem, jak dzisiaj wyglądam,
lecz dla Was, dzieci, w zamierzchłe czasy spoglądam.
Powstałem w 1605 roku, skromny byłem, drewniany,
przeszło sto lat później, w 1729 roku zostałem przebudowany,
z inicjatywy Zofii Korycińskiej, klasztornej, polskiej ksieni
(oj, od tych zmian ciągłych w oczach mi się mieni).

Lecz to jeszcze nie koniec, słuchajcie pospołu,
bym nie musiał z osobna powtarzać nikomu…

W kolejnym stuleciu wygląd nowy przybrałem:
w 1868 roku podobny do siebie (z teraźniejszości) się stałem.
Niestety przyszła II wojna światowa i zostałem poważnie poturbowany,
silny jednak jestem; ze zniszczeń stanąłem na nogi, odbudowany.
Dużo przeszedłem, więc zasługuję chyba na miano Super Ratusza?
Jak myślicie? Dzielny byłem i radowała się ma dusza,
gdym oglądał kolejne trzebnickie pokolenia
(dzięki temu sporo mam dziś do opowiedzenia).
W 2009 roku wypiękniałem, odrestaurowany,
odświeżono mnie, pomalowano zewnętrzne ściany,
nie znać, żem wiekowy; starzeję się z klasą,
ładnie komponuję się ze zrewitalizowanego Rynku krasą.

Choć wiele widziałem, niemało ścierpiałem,
czasem płakałem, niekiedy szczęściem jaśniałem,
dzisiaj ufnie zapraszam w swe progi, bom siedzibą Muzeum Regionalnego,
barwną historią Trzebnicy obficie naszpikowanego.”

02.04.2013

Kociogórskie bajania II. Grodzisko.

Zima. Ponoć lubi dzieci najmocniej na świecie. Dzieci też lubią wszystkie te śnieżne wariactwa: zjazdy na sankach, nartach, szaleństwa na lodowisku, rzucanie śnieżkami, lepienie bałwanów, igloo, fortece, orły na śniegu. Niestety dzieckiem już nie jestem, toteż mi pora ta kojarzy się z przeziębieniami, przemoczonymi skarpetkami i zimnymi nosami. Nie lubię, i tyle.

Ale jestem mamą. Mamą dzieci, które – jak łatwo przewidzieć – kochają zimę. Wszystkie te śnieżne wariactwa. Ach. Muszę więc przywdziewać ciepłe rękawice, szal, czapę, ocieplacze i – od czasu do czasu choć – oddać się zabawom na śnieżnobiałej pierzynie.
W Trzebnicy sporo mamy miejsc, zachęcających do zimowej rekreacji. Tym razem postanowiliśmy pobrykać po Winnej Górze. Raz po raz mijały nas drewniane bądź metalowe sanki, zostawiające za sobą smugę radosnych pisków, beztroskich uśmiechów i delikatnego, acz mroźnego pyłu. Inni preferowali plastikowe jabłuszka, szusując na nich z impetem „z górki na pazurki”. Było też kilkoro początkujących narciarzy. Nie brakowało osób wykorzystujących worki foliowe, własne buty bądź… pupy.

Kiedy już stwierdziliśmy, że wystarczy nam tych śnieżnych rozkoszy (a właściwie ja stwierdziłam, ciągnąc za sobą spragnioną jeszcze dziatwę), obraliśmy kierunek: dom. Ciepła herbata z miodem i cytryną była tym, czego teraz pożądałam.
Po drodze mijać mieliśmy trzebnicki Punkt Informacji Turystycznej. Postanowiliśmy wejść i poprosić o kilka ulotek, prezentujących ciekawe miejsca w okolicy. Tyle wszak mówi się o tym, że nader często cudze chwalimy, swojego nie znając. Pani była niezwykle miła. Poczęstowała nas ciepłą herbatą, opowiedziała kilka ciekawostek dotyczących gminnych pereł architektury, a na koniec wręczyła mapkę Trzebnicy, życząc wielu inspiracji i interesujących odkryć. Kiedy już wychodziliśmy, uśmiechnęła się promiennie, zniżyła głos i tajemniczo szepnęła: „ta mapa jest zaczarowana, uważajcie na nią” – i mrugnęła figlarnie okiem. Spojrzeliśmy ku sobie. Pomyślałam, że powiedziała tak, ażeby dzieci miały frajdę i uruchomiły fantazję. Chłopcy chyba też nie bardzo w to uwierzyli, postanowiliśmy jednak ciągnąć tę zabawę.

Rozłożyliśmy mapkę i udawaliśmy, że zaznaczono na niej punkt, gdzie ukryto skarb. Chcieliśmy pójść w tamtym kierunku, bawiąc się w odkrywców. Herbata spożyta w Punkcie Informacji Turystycznej rozgrzała i pokrzepiła nas na tyle, że już nie było nam tak śpieszno do domu. Nagle dobiegły nas dziwne dźwięki, jakby trąbki. Rozejrzeliśmy się dookoła, ciekawi skąd mogły dochodzić, ale niczego nie spostrzegliśmy. Może jacyś uliczni grajkowie, tudzież parada orkiestr dętych? Ani śladu. Granie jednak powtórzyło się. Donośniej. Zupełnie blisko nas. Dałabym głowę, że melodia rozlała się po mojej dłoni, a przecież trzymałam w niej jedynie plan miasta. Za chwilę znów usłyszeliśmy, a mapa lekko zadrżała. Zdziwieni rozłożyliśmy ją – i zamarliśmy. W miejscu, gdzie widnieje nazwa "Brama Trębaczy" widoczne były pulsujące igiełki. Im dłużej przypatrywaliśmy się im, tym one stawały się większe i… głośniejsze. Po chwili nie dało się już przeoczyć faktu, że to najprawdziwsze trąbki, rytmicznie wygrywające coś jakby hymn. Przetarliśmy oczy ze zdumienia. Nie mogło nam się to wydawać, nie mogło się przesłyszeć. Z osłupienia wyrwał nas  wiatr, który gwałtownie zerwał się i porwał grający skrawek papieru.

Pobiegliśmy za nim. Ulice były opustoszałe, zatem nie musieliśmy obawiać się ruchu samochodowego, ani zdziwionych min przechodniów. Wicher jakby lekko ustał, mapa jednak nie przestawała frunąć. Teraz wydawało nam się wręcz, że macha kartkami, jakby to były jej skrzydła. Nie chcąc jej zgubić nie zwalnialiśmy tempa, powoli jednak zaczęła dobierać się do nas zadyszka. Byliśmy już w miejscu, gdzie ulica Daszyńskiego brata się z Rynkiem, kiedy nagle mapka zatrzymała się w powietrzu, zakręciła i poczęła lecieć w odwrotnym kierunku, wprost na nas. Delikatnie wylądowała w mojej dłoni, bez protestów, ni drażnienia się z nami. Rozejrzeliśmy się wokół: w okolicznych sklepach kilkoro kupujących, przejechał autobus z pasażerami udającymi się w stronę Obornik Śląskich, z nieba zaczynał sypać się biały puch (jakby komuś tam, u góry, nieopatrznie rozdarła się pierzyna). Choć było jeszcze za wcześnie na światła, nagle drzewko szczęścia zaczęło niespokojnie mrugać. Spod okazałej choinki, przykrywającej szczelnie rzeźbę Kociogórka i Lubuszki dało słyszeć się pomruki i pomiaukiwania, mignęło tam nawet coś na kształt kociego ogona. Mapa znów wyrwała się z moich rąk i poszybowała w stronę pręgierza. Usłyszeliśmy kobiecy głos:
„Miałam ci ja, miałam,
mapę z granicami,
lecz nikt nie chciał wierzyć,
że przyszłość trzymamy,
la laj li laj laj, la laj li laj laj,
dzisiaj znów ją mamy,
prawdę wnet poznamy…*
ha ha ha ha ha”
(* na melodię kujawiaka „Czerwone jabłuszko”, znaną także z reklamy Oleju Kujawskiego)
Stało się wtedy coś, czego nie spodziewaliśmy się. Głowa na miejskim pręgierzu zaczęła nabierać realnych kształtów: włosy poczęły gęstnieć, stając się bujnymi i rozwichrzonymi, oczy nabrały blasku, po chwili postać wypluła z ust kołatkę, zakasłała i dalsze „ha ha ha” płynęły już chrapliwie z jej krtani. Zdębieliśmy (nie pierwszy już raz dzisiaj). Zakręciło nam się w głowach. Ogarnęła nas ciemność i mgła, która przypełzła nagle, cicho i niespodziewanie.

- „Mamo, mamo, wstań” – chłopcy potrząsali mną, chcąc ocucić z omdlenia. Ciągle czułam się lekko zamroczona, ale musiałam się pozbierać – okazało się bowiem, że znajdujemy się w zupełnie nieznanym nam miejscu. I – na dodatek – podczas innej pory roku.

Złowrogie ha ha ha ciągle szyderczo dzwoniło w mej głowie. Poczułam, że spowija nas czyjś cień. Podniosłam wzrok i ujrzałam kobietę. Niewiasta trzymała w ręku mapę. Naszą mapę. Czyli o nią chodziło. Uprzedzano nas, że jest niezwyczajna. Mieliśmy jej pilnować. Nie spisaliśmy się. Rozmaite myśli buzowały we mnie.

- „Nie możecie tak wyglądać, za bardzo zwracacie na siebie uwagę. Łatwo was wyłowić z tłumu” – odezwała się nieznajoma. – „Pójdźcie za mną” – bardziej nakazała niż zaproponowała. Właściwie nie widziałam powodu, dla którego mielibyśmy jej posłuchać. Nie wzbudzała naszego zaufania, ani tym bardziej nie gwarantowała poczucia bezpieczeństwa. W końcu to ona ściągnęła nas do tego nieznanego zakątka, a my nie znaliśmy ani powodu, ani jej intencji. - „Żwawo!” – dodała, więc odłożyłam „myślenie” na później i poderwaliśmy się z miejsc.

Nie szliśmy długo. Mieszkała nieopodal, w niewielkiej, drewnianej chacie. Wyciągnęła z masywnej skrzyni jakieś szarobure płótna, które mieliśmy przyodziać. Prosiła również, abyśmy zmienili obuwie, ale ani myśleliśmy. – „To niehigieniczne!” – oburzył się Igor, który zwykle bardzo dba o czystość i higienę. Udało mu się postawić na swoim. Trochę dziwnie to wyglądało: średniowieczny, przewiewny przyodziewek i zimowe, jakże współczesne, kozaki – ale (prawdę powiedziawszy) mieliśmy to w nosie. Teraz – przede wszystkim – chcieliśmy wiedzieć: co to wszystko ma znaczyć, gdzie my się w ogóle znajdujemy i kim jest kobieta, która nas tu – jakąś nadspodziewaną mocą – sprowadziła?

Jakby czytała w naszych myślach, bo odezwała się: - „Pewnie zastanawiacie się: gdzie jesteście, co tu robicie i kim jestem ja?” – „Tak” – wydukaliśmy niepewnie.

- „Otóż… trudno to wszystko jakoś logicznie wyjaśnić…” – zaczęła (a ja mruknęłam pod nosem niewyraźne: „nie wątpię”) – „… ale postaram się. Na imię mam Dobromiła. Mój ojciec, Bolesław, był kartografem i wynalazcą, matka zaś, Ludomiła, wierzyła, że jej powołaniem jest wróżenie i jasnowidzenie. Jak można się domyślić – nasze życie nie wyglądało różowo. O ile ojca początkowo poważano, o tyle później rodzina nasza stała się wyklęta. Rodzice jednak święcie wierzyli w to, że ich czyny i działania mają sens. Starali się swoje umiejętności wykorzystywać dla dobrych i pożytecznych celów. Często z narażeniem życia – mamę bowiem nazwano czarownicą i grożono poważnymi konsekwencjami. Kiedy stało się naprawdę gorąco – rodzice opuścili Polską Wieś, przenosząc się w dzikie knieje. Tam, w maleńkiej, drewnianej chatce, dokonali swego żywota. Zostały mi po nich piękne wspomnienia, wiele cennych nauk, masa „ojczynych” wynalazków i – czuję, że – dług wdzięczności do spłacenia. Rodzice pokazali mi, że warto robić w życiu swoje, nawet kiedy wydaje się, iż cały świat wokół odwrócił się od nas. Warto wierzyć w słuszność swoich działań, albowiem to, że inni mają je za nic, ignorują, szydzą, wyśmiewają, grożą czy poniżają, nie znaczy wcale, że racja jest po ich stronie. Warto być sobą, wypełniać Własną Legendę. Zawdzięczam im odwagę, upór i wytrwałość…” Zawiesiła głos, dzięki czemu nadarzyła się okazja, by wstrzelić się w ów monolog z pasmem kłębiących się wątpliwości.

- „No dobrze… To, co mówisz z pewnością jest poruszające, tylko… co – u licha – my mamy z tym wspólnego? Dlaczego wyrwałaś nas z naszego życia i sprowadziłaś tutaj, gdzie wszystko jest obce i nieznane? Czemu my?”

- „Czemu Wy? Bo wierzycie w niemożliwe. Bo podróżowanie na skrzydłach fantazji nie jest dla Was żadnym problemem. Bo jesteście trzebniczanami z krwi i kości – a na dodatek mieszkacie zupełnie blisko miejsca, o które mi chodzi. I zwykle nie przechodzicie obojętnie obok tych, którzy pomocy potrzebują. Ja jej potrzebuję…”

- „Ale jak mielibyśmy Ci pomóc?”

- „Chciałabym zmyć skazę z honoru moich rodziców, udowodnić, że nie byli szaleni i niepoczytalni. Macie mapę, którą wykonał mój tato. Jego naukowe obliczenia oraz „mamine” wizje pozwoliły im wysnuć wnioski jak w odległej przyszłości wyglądać będą granice naszej małej ojczyzny. Nazwano go bałwochwalczym zuchwalcem i zagrożono, że jak nie przestanie głosić herezji i swoich bezpodstawnych teorii – pożegna się z życiem. Sprowadziłam Was, by utrzeć nosa wszystkim tym, którzy drwili z moich rodziców. Możecie przekonać ich, że nie mieli racji, zaświadczyć, że faktycznie stało się tak, jak przewidywali mama z tatą. Byli wielkimi ludźmi, wyprzedzającymi swą epokę – nie zasłużyli na wszystko to, co ich spotkało. Chciałam, by choć pośmiertnie oddano im należny honor.”

- „Jak zatem ta mapa znalazła się w roku 2013?”

- „Mówiłam, że mój ojciec był wynalazcą. Dzięki temu znam od podszewki średniowiecze, ale też nieobce mi współczesne Wam czasy. Pokażę wam coś, ale później, najpierw zjedzmy  i odpocznijmy… Wrażeń dziś chyba nie brakuje, co?”

Trudno nie zgodzić się z tym. W głowie kręciło się od natłoku emocji, a w brzuchach rozlegało się – jeszcze niegroźne i niepozorne, ale coraz to bardziej natarczywe – burczenie.

Dobromiła przyszykowała przepyszne podpłomyki, opiekane na piecu. W prostocie tego smaku kryło się wszystko to, z czego zostaliśmy ograbieni przez dwudziesty pierwszy wiek – czasy konsumpcjonizmu, fast foodów i pędu nie wiadomo gdzie i po co. Poczęstowała nas również wodą – krystalicznie czystą, pachnącą orzeźwieniem. Aż trudno było uwierzyć, że kiedyś wcale nie potrzebowali filtrów.

Kiedy poczuliśmy się już pokrzepieni, a także gdy zakrzepły w nas już wszelkie frustracjopodobne myśli – naszła nas ochota na obejrzenie naszego ukochanego miasta w średniowiecznej szacie. Przechadzaliśmy się, niespiesznie, skromnymi uliczkami osady, nie bardzo rozpoznając w nich późniejszą Trzebnicę. Cóż z wędrówki zapadło nam w pamięć? Słupy wyznaczające „forum aut oppidum Trebnicense”, złowrogo brzmiąca Szubieniczna Góra, malownicza rzeka Lubsza, niezwykle gwarne targowisko, pręgierz, kuźnia, cegielnia, wystawione tu i ówdzie ramy do suszenia płótna i tzw. wzgórze zamkowe – stożkowe grodzisko nieopodal dzisiejszej Bramy Trębaczy, oddzielone od miasta suchą fosą i drewnianym płotem. Owe grodzisko wywarło na nas największe wrażenie. Mieszkamy bardzo blisko ulicy Brama Trębaczy, zatem często bawimy się na tej górce, zjeżdżamy z niej na sankach i nieustannie wyobrażamy sobie jak mogło wyglądać tam życie w zamierzchłych czasach? Emanuje bowiem z niej jakaś niezwykła energia, pełna nieopisanych wzruszeń, historycznych cudów i tajemnic – rozpalając naszą ciekawość do granic możliwości. A teraz, oto, dane nam jest zobaczyć na własne oczy, poczuć tę niesamowitość… Nie do opisania…

Przysiedliśmy w okolicy strumienia. Jeszcze niedawno doskwierał nam mróz i śnieg, teraz relaksowaliśmy się w cieniu rozłożystej lipy, wokół rozlegały się trele i świergoty, a woń macierzanki tuliła się do nas przyjaźnie. Sielankowy nastrój nie mógł jednak trwać w nieskończoność.

- „Więc jak, pomożecie mi?” – Dobromiła zwróciła się do nas, z nadzieją w głosie. Teraz, gdy poznaliśmy się lepiej, jawiła się jako niezwykle dobra i miła osoba, ale na to przecież wskazywało nawet jej imię. Już nie mieliśmy żalu o to, że nas tu ściągnęła. Wręcz przeciwnie: to naprawdę ekscytujące stać się częścią historii. Nawet, gdy szykuje się naprawdę gorąca i burzliwa atmosfera.

- „Wiesz, Dobromiło, nie lubię narażać bezpieczeństwa synów, a zakładam, że może być nieciekawie…” – mój głos zawisł w próżni. Wzrok Dobromiły przewiercał na wskroś trójkę przybyszów z przyszłości. – „Rozumiem również, jak ważna dla Ciebie jest ta sprawa, jak dalece gotowa jesteś posunąć się w walce o idee. O Prawdę właściwie. I dobre imię Twoich rodziców. To nie jest dla mnie łatwa decyzja…”

- „Mamo, pomóżmy. Zawsze powtarzałaś, że nie można zostawiać nikogo bez pomocy. Gdyby to nie było ważne, pani Dobromiła nie ściągałaby nas tutaj, prawda?” – Igor z Borysem z ekscytacją przemawiali, jak zwykle jeden przez drugiego.

- „Nie wiem sama…” – biłam się z myślami.

- „Mamoooo…”

- „No dobrze. Ale musimy to przemyśleć. Nie zamierzam narażać niczyjego życia, a przecież wiadomo jak skończyło się, kiedy tato Dobromiły ogłosił wszem o swoim odkryciu.”

Dobromiła odetchnęła i posłała w naszą stronę promienny, pełen wdzięczności uśmiech.

- „Słuchajcie, na wieczór zwołano mieszkańców w okolice grodziska. Wójt chciał coś ogłosić. Będzie wtedy okazja, by utrzeć nosa tym niedowiarkom – wszyscy wszak zgromadzeni będą w jednym miejscu. Wtedy przemówicie do nich, dobrze?”

- „Ale przecież…” – zaczęłam z niepokojem.

- „O nic się nie martwcie, wszystko dobrze przemyślałam, nic nam nie grozi. Zaufajcie mi.”

Dzień minął jak z bata strzelił. Kiedy zbliżyła się godzina „W”, serce łomotało mi jak oszalałe. Spojrzałam na pozostałą trójkę – ni cienia emocji. Zrobiło mi się wstyd, bo albo tak dobrze się maskowali, albo naprawdę tylko na mnie spoczywała maska tchórza. Wcześniej przebraliśmy się w swoje dawne ubrania, na które narzuciliśmy szaro-bure przyodzienie. Dobromiła w skrócie naszkicowała plan, czułam jednak, że najważniejszego nam nie wyjawiła. Postanowiłam, mimo wszystko, spróbować jej zaufać.

Kiedy wyszliśmy z domu, smagać nas począł przyjemny, późnopopołudniowy wietrzyk. Pokręciliśmy się w pobliżu zgromadzenia, a gdy wszystkie poruszane sprawy zostały już omówione i nadeszła pora na końcowe pytania, Dobromiła popchnęła nas na środek i sama zaczęła przemawiać. Byłam tak onieśmielona, że z trudem przypominam sobie jej słowa. Było coś o szyderstwach i szykanach wobec jej rodziców, o ich dobroci i zasługach, a potem o mapie. Pamiętam, że wtedy zakręciło mi się w głowie i jakaś dziwna suchość odebrała mi mowę. Dobromiła poszturchiwała mnie, ale do mnie wszystko docierało jakby z opóźnieniem. Jakbym oglądała to wszystko przez szybę gęstej mgły.

Wtedy usłyszałam głos Borysa: - „To wszystko prawda. Przybyliśmy do Was z roku 2013, tę mapę otrzymaliśmy w Punkcie Informacji Turystycznej. To wprawdzie nie oni nas tu przysłali, ale ściągnęła nas tutaj wasza krajanka – chce byśmy potwierdzili, że to, do czego jej rodzice doszli dawno, dawno temu w przyszłości się potwierdzi. Granice Polskiej Wsi znacznie się przesuną, zresztą wszystko będzie wyglądało całkiem inaczej, choć teraz trudno wam w to uwierzyć. Niesprawiedliwie ich potraktowaliście, to byli mądrzy ludzie, a wy tak źle z nimi postąpiliście. Nie wszystko, co jest niezgodne z waszym punktem myślenia jest błędne. Musicie być bardziej otwarci i tolerancyjni!”

- „Prawda… to wszystko prawda… potwierdzam” – Igor potakująco kiwał głową.

Gdy ocknęłam się – uderzyła mnie cisza. Złowroga cisza. Zupełnie jak ta przed burzą. Rozejrzałam się wokół. Wpatrzone w nas oczy. Malowało się w nich zdumienie. Po chwili jakby zaczęło przeistaczać się w gniew. I wtedy rozległy się pierwsze okrzyki: - „Kto to taki?! Czego tu chcą?! Co za brednie!? Pod pręgierz z nimi!” Krąg wokół nas zaczął się zacieśniać. Czułam, że blednę i zaczynam drżeć. Chwyciłam synów mocniej za dłonie.

Dryń – dryń – dryń. Dryń – dryń – dryń.

- „Mamo, komórka ci dzwoni!”

Wyobraźcie sobie miny ludzi sprzed kilkuset lat. Byłam pewna, że zaraz spalą nas na stosie, jako zwykłe czarownice. Albo doprowadzą siłą na Szubieniczne Wzgórze. Pręgierz był z tego wszystkiego najłagodniejszą perspektywą.

Pręgierz, tak… Głowa na nim znowu poczęła nabierać realnych kształtów, wiatr tańczył w gęstwinie brody, oczy nabrały blasku. Postać potrząsnęła skołtunionymi włosami, rozejrzała się przenikliwie w lewo i w prawo, ziewnęła, zakasłała, a potem – pomimo kołatki w ustach (ktoś ją z powrotem tu włożył) – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła: „Poooowooodzeeeniaaa!” W podzięce kiwnęliśmy dłońmi. Wokół rozległy się dźwięki trąb, zupełnie jak wcześniej, gdy pulsowały we wnętrzu naszej mapy.

- „Złapmy się wszyscy za ręce, stwórzmy krąg, prędko!” – zarządziła Dobromiła. Jednocześnie nacisnęła przycisk w czymś, co przypomniało pilota telewizyjnego, ale zdecydowanie w rozmiarze mini. W mgnieniu oka powitała nas zima i dobrze znane krajobrazy. Znaleźliśmy się na wzgórzu, zwanym również Ramową Górą.
- „Przepraszam, że was na to naraziłam. Przemyślałam wszystko i zrozumiałam, że to i tak niczego nie zmieni. Nie warto im tłumaczyć. Niektórzy nie są w stanie otworzyć się na coś, co przekracza ich pojęcie, nie potrafią objąć pojmowaniem spraw, które nie mieszczą się w ich sztywnych ramach. Szkoda czasu i energii na tłumaczenia. Szkoda życia… Szkoda życia…” – Dobromiła zawiesiła głos – „… moim rodzicom i tak to już nie pomoże. Nie zmienia to jednak faktu, że na zawsze pozostaną w moim sercu i pamięci. Dorastanie przy nich było wspaniałą szkołą życia. Nikt i nic mi tego nie odbierze.”

Wzruszyłam się. Ukradkiem wytarłam łzę. Właśnie to przez cały czas zamierzałam powiedzieć tej niezwykle odważnej i honorowej pannie, jednak coś mi nie pozwalało. Nie chciałam pozbawiać jej złudzeń. Nie chciałam sprawiać przykrości. Doskonale jednak wiem, że czasami trzeba zagryźć wargi i odpuścić, żyjąc po swojemu, nie oglądając się na tych, z którymi nam nie po drodze. Przy całym szacunku dla nich, nie zadeptując ich traktów, nie rezygnujmy z samozaparcia, wydeptując ścieżkę Własnego Spełnienia…

- Co mówisz, mamo? Udało nam się?”

- „Udało” – Dobromiła z uśmiechem na ustach przytuliła bliźniaki – „Udało, bo najważniejsze, to pielęgnować Prawdę we własnym sercu. Zapamiętajcie to.” I dała im po czułym kuksańcu.

- „Co teraz? Co dalej? Jak Ty tam wrócisz?” – zaniepokojona zwróciłam się do naszej znajomej z odległej przeszłości.

- „Wcale nie zamierzam tam wracać. Widzisz, wcześniej nie było okazji, bym pokazała Ci urządzenie zaprojektowane i skonstruowane przez mojego ojca. Nazywa się trebniclator i umożliwia podróżowanie w czasie. Dzięki temu byłam tu i ówdzie, widziałam to i owo, poznałam tego i owego. W takiż też sposób mapa znalazła się w waszych czasach. ”

- „Naprawdę możesz przenosić się w czasie? Ale fajowo!” – wykrzyknęli chłopcy.

- „Naprawdę. Dzięki temu przespacerowałam się po przestrzeni wieków. Widziałam potworne obrazy roku 1315, gdy panował tu straszliwy głód, spowodowany długotrwałymi opadami deszczu, który zniszczył wszystkie płody rolne. Wiek XV wcale nie był łaskawszy: w 1434 r. wybuchła epidemia dżumy, w 1443 r. miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, w 1456 r. wybuchł pożar, który strawił drewnianą zabudowę miasta, murowany kościół św. Piotra i budynki klasztorne, w 1464 r. przeszły gwałtowne burze, które spustoszyły okolice, w 1475 r. wojska Macieja Korwina splądrowały i zniszczyły obiekty klasztorne, które następnie trzeba było remontować niemal od fundamentów, a w 1483 r. wybuchła zaraza, która pozbawiła życia wielu mieszczan. Trudny to był czas. Byłam również świadkiem jak znany właściciel ziemski Otto Müller odkrył na swych posiadłościach borowiny, które – przebadane – wykazały właściwości lecznicze. Rok później, w 1888 r., otwarto uzdrowisko Zdrój Jadwigi. Uwielbiałam również przejażdżki kolejką wąskotorową Wrocław-Trzebnica-Prusice. Grozę przeżyłam 8 listopada 1938 r., gdy trzebniccy członkowie NSDAP zorganizowali „noc kryształową”: wszystkich Żydów zebrano wówczas koło synagogi, spalono świątynię, szkołę żydowską, zdemolowano sklepy – było naprawdę niebezpiecznie. Chwile dumy i radości to październik 1971 r., kiedy zespół chirurgów z trzebnickiego szpitala wykonał udany zabieg replantacji kończyny górnej. W 1973 r. zauroczył mnie występ genialnego Zespołu Pieśni i Tańca „Trzebnica” – później jeszcze kilkakrotnie uczestniczyłam w imprezach z ich udziałem. Dopingowałam też znajomej podczas I Ulicznego Biegu Sylwestrowego, w 1985 r. – któż by pomyślał, że ranga imprezy i liczba uczestników z biegiem lat tak bardzo wzrośnie! Dwa lata później udało mi się zaprzyjaźnić z pewnym archeologiem, który wraz z ekipą odkrył na Winnej Górze ślady pobytu homo erectus sprzed 500 000 lat – sama odkopałam jedno z kamiennych narzędzi. We wrześniu 2009 r. - jako jedna z pierwszych - testowałam szynobus Kolei Dolnośląskich, kiedy wznowiono komunikację kolejową na trasie Wrocław–Trzebnica. Zaś trzy miesiące później hucznie świętowałam Sylwestra na odrestaurowanym Rynku. Jak widzicie – Trzebnicę znam od podszewki” – Dobromiła promiennie uśmiechnęła się, ukazując rząd perłowych, śnieżnobiałych zębów.

- „Oj, znasz ją lepiej niż my” – odpowiedziałam uśmiechem na uśmiech – „tylko… jak ty to robisz, że się w ogóle nie starzejesz?”

- „A to już mój sekret, którego zdradzić nie mogę.”

- „Szkoda… Chętnie uszczknęłabym ździebko z tego twojego eliksiru wiecznej młodości. Coś ostatnio strasznie łupie mnie w kościach.”

- „Mamo, jesteśmy głodni” – chłopcy i tak długo wytrzymali te nasze wywody.

- „Dobromiła, zapraszamy cię na kolację. Choć od razu muszę przyznać, że mizerna ze mnie kucharka” – wolałam zabezpieczyć się zawczasu.

- „Dziękuję wam bardzo, i tak wiele dla mnie zrobiliście. Ja jestem umówiona. Nie mówiłam ci, ale podczas swoich wędrówek poznałam niezwykle miłego i szarmanckiego mężczyznę… Która godzina? Oj, muszę lecieć, bo czeka na mnie w restauracji Hotelu Trzebnica. Do usłyszenia, zdzwonimy się, pa!” I zostawiła nas. Oszołomionych.

Staliśmy jeszcze przez chwilę, po czym chłopcy zawołali: „Mamo, spójrz, coś tu leży!” Pochyliliśmy się nad znaleziskiem. Była to skrzyneczka, a w niej kilka drobiazgów, pamiątek po wycieczce w czasy średniowieczne: gliniane naczynie, podkowa (na szczęście), dobrze nam znana mapa i garść monet. Był również list, zaadresowany do Igora i Borysa. Było w nim bardzo mądre sformułowanie, które sobie wynotowałam: „Nie pozwólcie nigdy, by przeszłość trzymała Was w niewoli. Zaczerpnijcie z niej to, co najcenniejsze, reszcie pozwólcie swobodnie odpłynąć. Trzeba umieć przecedzać chwile przez filtr teraźniejszości i - z lękiem czy nie - dać unieść się ku przyszłości. Już bez żalu i gniewu. To esencja wzrostu i rozwoju.” Zapamiętam.

Ruszyliśmy ku Rynkowi. Chciałam jeszcze zakupić lokalną prasę, by zobaczyć, co piszczy w… nie, nie w trawie, lecz w śniegu… na trzebnickim podwórzu. Przechodziliśmy właśnie obok Ratusza, gdy synowie zakrzyknęli: „Mamo, spójrz, św. Piotr ma przy sobie tylko jeden klucz, drugi gdzieś się zgubił!” Faktycznie, jeden z kluczy jakby rozpłynął się w powietrzu.

No i jak tu odpocząć, kiedy przygoda wciąż nas wzywa?