09.07.2012

Każdy kij ma dwa końce

Każdy kij ma dwa końce.
Podobnie jak nasze działania - zaiskrzyć od nich potrafią oba bieguny.

Pamiętam jak - jako dziecko - nie potrafiłam pogodzić się z tym, że ktoś "wykrada nam" fragmenty zielonych płuc - trzebnickich szkółek. Uwielbiałam te tereny: wydawały mi się jednocześnie takie "groźne" i "niezwykle ekscytujące". I nagle zaczęło ubywać ich, kawałek po kawałku. W miejsce drzew wyrastać poczęły okazałe wille. Z jednej strony wszystko we mnie krzyczało: przejmującym, choć niemym, dziecięcym krzykiem. Z drugiej - cieszyłam się razem z Ewą, Wojtkiem i wieloma innymi znajomymi, że nie muszą już gnieździć się w klitkach zapyziałych gminnych bloków. I musiałam jakoś znaleźć w sobie przestwór na te ambiwalentne uczucia, na eklektyczne pragnienia. A do tego musiałam dopilnować, by nie skakały sobie do gardeł, nie zagryzły się w jakiejś chwili nieuwagi. Nie każę im współbrzmieć, ale uczę, by jakoś tolerowały się w kotle codzienności.

Dalej: czy fair jest czasowe wydzielanie przestrzeni miejskiego stadionu (co w nazwie ma "Fair Play")? W niektórych środowiskach głośno mówi się na ów temat. Ja sama, koneserka niezależności i wolności, często korzystałam z niego w nietypowych godzinach, w czasach, gdy nie lśnił jeszcze blaskiem odnowy. Ileż razy leżałam tam na zielonej trawie, rozkoszując się poranną rosą, śpiewem ptaków i spokojem, o czwartej czy piątej rano, gdy miasto jeszcze spało. Nigdzie jak tam książki nie smakowały mi tak wybornie. Owszem, nieswojo czuję się, gdy w niedzielne popołudnie zastaję zamkniętą bramę - z drugiej zaś strony staram się rozumieć fakt, iż ktoś czuje się odpowiedzialny za stan jego wyposażenia. A nie każdemu - niestety - można zaufać, nieograniczenie wpuszczając go na społeczną niwę. Niektórzy nie tylko nie szanują tego co wspólne, ale wręcz pałają - zupełnie niezrozumiałą dla mnie - chęcią rozsiewania wokół niszczycielskiego ziela.
Kiedyś mieliśmy badziewiasty stadion i nieograniczony doń dostęp, dzisiaj sportowa arena olśniewa, pozwala na organizowanie turniejów z rozmachem (jak choćby ostatnie finały Deichmann), jednak coś za coś. Postęp zwykle wzbogaca nas w jednej sferze, by ogołocić drugą, czasem nie mniej ważną. Taka kolej rzeczy.

Następne: koncepcje zagospodarowania Winnej Góry. Pięknie byłoby, gdyby ktoś zaopiekował się należycie naszymi rodzimymi klejnotami. W końcu nie co dzień i nie wszędzie trafia się na ślady życia sprzed ok. 500 000 lat. A my możemy się tym poszczycić.
I wiecie co: zawsze myślałam, że wspaniale by się stało, gdyby stok służyć mógł narciarzom, a turyści wzbogacaliby miejską kasę wpływami z biletów do parku tematycznego. I nagle, gdy ujrzałam te wszystkie pomysły, naniesione zgrabnie na tablice, ogarnęło mnie przerażenie. Poczułam, że Kociak, będący dla mnie ostoją i symbolem nieokiełznania, jakiejś takiej swojskiej dzikości, skarbnicą buńczucznych wspomnień nagle stanie się nieznośnie poukładanym miejscem: z wytyczonymi ścieżkami, wejściówkami w godzinach od-do i wyznaczonym kierunkiem zwiedzania. Że już nie będę mogła wbiec na tę górę, wiedziona jakimś niezrozumiałym impulsem, o drugiej w nocy, w uroczą, gwieździstą, rozcykaną świerszczowym koncertem, sobotnią, lipcową noc. Po to, by pogapić się - z zachwytem - na migające snami miasto. Albo poleżeć na pachnącej trawie. Połapać w siatkę marzeń roje meteorytów. Albo po nic konkretnego - dlatego jedynie, że mam takie prawo, że mam ochotę, że czyniłam tak od lat.
I co lepsze: rozsławiająca Trzebnicę atrakcja rekreacyjno-wypoczynkowo-przyrodniczo-archeologiczna czy jednostkowe pragnienie "wolności dla Kociaka"? Ciężko przechylić szalę w którąkolwiek stronę. Kiedyś opowiadałabym się za tym, by ze starannością oznakować stanowiska archeologiczne i zadbać o przestrzenne zagospodarowanie tego skrawka ziemi, dziś, gdy poczyniono pierwsze kroki w tym kierunku, ja zwyczajnie tchórzę, iż znowu poczuję jakby mnie z czegoś cennego okradziono. A przecież ma mi być "dane". Czemu więc - z lękiem - cofam rękę? Rękę, która - jak widać - chciałaby czochrać trawy, chwytać gwiazdy, świętojańskie ogniki. Z tego też powodu tacy jak ja nie popychają rzeczywistości naprzód. Zbyt mocno trzymają ich w miejscu korzenie nostalgii.

Kolejne: zawsze myślałam, że Trzebnica powinna odzyskać należny status miejscowości uzdrowiskowej, chwalebnie brzmiącą końcówkę: Zdrój. A tutaj spada na mą głowę kaskada ostrzeżeń, iż takie działania zablokowałyby rozwój gospodarczy miasta. Rany Julek, jakie to skomplikowane i... jakie to szczęście, iż nie do mnie należy pchanie regionu do przodu, bo - przez nieuwagę - mogłabym coś spaprać. A babcia kiedyś mnie ostrzegała: dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Niechaj zajmują się tym lepiej tęgie rozumy, a ja popiszę sobie nikomu niepotrzebne "felietoniki". Choćby o tym Zdroju, który kiedyś siarczyście mi się marzył.

Nie zazdroszczę tym, którzy dzierżą w ręku władzy berło. Od nich wymaga się konkretów, zdecydowania, stabilnych decyzji. I tak naprawdę to ich berło to zwykły, pospolity kij. Nie obroni ich przed atakami zaciekłych wrogów, oponentów, malkontentów. A do tego zawsze ma dwa końce: każde działanie na powierzchnię wyłoni jakieś plusy i jakieś minusy. Na żerowisku zaraz pojawią się hieny, prześmiewcy, błaznowie i klakierzy. Trzeba mieć łeb nie od parady, by bystrze wychwycić kto jest kim. Ta misja jest więc jednako błogosławieństwem i przekleństwem: wynosi na szczyt, gdzie modelować można horyzont, jednocześnie wystawiając swoją opinię na celownik. Niełatwe.

Ci, którzy decydują się decydować o ważkich sprawach, liczyć muszą się z tym, że przynajmniej jeden ze wspomnianych wyżej końców okazać może się nieprzyjemny.

Ci, którzy decydują się decydowanie o ważkich sprawach scedować na innych również liczyć muszą się z tym, że któryś z końca końców może ich nie zadowolić.

Nie ma już wielu z drzew, które w dawnych szkółkach rzucały mi latem welon przyjemnego cienia. Nie mogę poczytać na stadionie o piątej rano. Nie wiem czy za kilka lat ktoś nie zażąda ode mnie biletu, gdy zapragnę popatrzeć na Trzebnicę z góry (z Kociej Góry).

Jest osiedle, które rozwiązało wiele problemów mieszkaniowych. Jest stadion miejski z prawdziwego zdarzenia. Jest kreatywność i chęć działania dla wspólnego dobra (staram się mocno w to wierzyć).

Ktoś jest niezadowolony, by rad mógł być ktoś. W życiu nie sposób pogodzić wszystkich punktów widzenia, nawet w bajkach tak dobrze nie ma.
Bo każdy kij ma - przynajmniej - dwa końce. A jak się połamie, to nawet cztery - i dopiero wtedy robi się galimatias. Ale to nie o tym rozdział...




2 komentarze:

  1. Miłośników słowa pisanego, rozlanego na pachnącym, gazetowym papierze, zapraszam do zakupu Kuriera Trzebnickiego (nr 21).

    OdpowiedzUsuń
  2. http://www.kuriertrzebnicki.pl/index.php/aktualnoci14/gmina-trzebnica11/1125-kazdy-kij-ma-dwa-konce

    OdpowiedzUsuń