18.01.2013

Super Kot - maskotka Trzebnicy

Zdjęcie pochodzi ze strony trzebnickiego Urzędu Miejskiego:
Super Kot z Trzebnicy

Super Kot I

Superman przyśnił mi się dzisiejszej nocy,
zapytałem go o źródło nadprzyrodzonej mocy,
odparł: "w życiu trzeba być dobrym, empatycznym i przyzwoitym,
pracowitym i ze swoją małą ojczyzną zżytym".

Rano obudziłem się i własnym oczom nie wierzyłem,
jakimś cudem w superbohatera też się przemieniłem,
teraz stoję na straży moralności i ekologii kociogórskiej krainy…
No co, nie róbcie takiej zdziwionej miny.

Jak na Kocie Góry przystało,
to co się ze mną stało,
jest niebywałe i wyjątkowe:
spójrzcie, mam bystre oczka, uszka i kocią głowę,

futerko, cztery łapki i zgrabny ogonek,
a pierwsza powojenna dolnośląska stolica (Trzebnica)
to mój ukochany domek;
tutaj mam przyjaciół, rodzinę i wiele do zrobienia…
Kiedyś Wam jeszcze o tym opowiem. Do usłyszenia.



Super Kot II

Raz, dwa, raz i dwa,
cześć, to znowu ja,
Super Kot, maskotka Trzebnicy;
ciekawi jesteście co porabiam w okolicy?

Jestem wielkim społecznikiem, miłuję kulturę,
kto na bakier z zasadami bezpieczeństwa – dostanie ode mnie burę;
chcę, by dzieci miło się tu bawiły,
w zgodzie, radości i szacunku w naszym mieście żyły.

Zachęcam, by lubić historię, mieć wiedzę o dziejach dawnych,
a także pielęgnować poczucie humoru, kąpać się w historiach przezabawnych,
namawiam do postaw proekologicznych, poszanowania środowiska,
czystość i dbałość o Matkę Naturę jest mi bardzo bliska.

Wiem, jak ważne jest zdrowie, uczę jak o nie należycie dbać,
podpowiadam, by profilaktyki się nie bać.
Uczulam, by słabszym zawsze dłoń podawać,
swoim zachowaniem – dobry przykład dawać.

Sprawdzam parki, czy właściciele po pupilach sprzątają,
obserwuję co się dzieje, gdy czarne kocury przesądnym drogę przebiegają,
pilnuję, by podczas marcowania za głośno nie było…
Chciałbym, by wszystkim dobrze się tutaj żyło.

Czuwam, by Lubuszka i Kociogórek,
Stawcio, Aquarius i Nastroszek – zadziorny kocurek,
grzecznie się sprawowały
i turystów (tym samym) w sobie rozkochiwały.

Krótko mówiąc: porządku tu doglądam,
bo szczęścia trzebniczan – jak niczego na świecie pożądam.
Wraz z Sierżantem Uśmiechem i Komisarzem Lwem
kochamy wszystkie dziateczki, one nas też – dobrze wiem.



Super Kot III

Kto pomoże starszej pani nieść ciężkie reklamówki?
Super Kot, i to bez najmniejszej wymówki.
Kto przeprowadzi przez ruchliwą ulicę spłoszone dziecię?
Super Kot, naturalnie. Może jeszcze nie wszyscy wiecie,
że Super Kot podsunie też numer alarmowy,
gdy w panice cyferki nie chcą przyjść do głowy.
Idąc za tobą, szepnie: "psssyt, papierek do śmietnika";
niechaj kultura radośnie pośród nas bryka,
niech złe zachowania ze wstydem zmykają,
i wstępu do naszych kociogórskich sumień nie mają.
A gdy nudzisz się, podpowie jak aktywnie czas spędzać,
ogonkiem będzie od ciebie smuteczki odpędzać,
gdy pokłócisz się z przyjacielem – zachęci do pojednania,
przeprosin i wzajemnego rączek podania.

A jak rozpoznać, że był tu? Zawsze i wszędzie
na znak ten odbijać łapkę swą będzie.
Gdy ślad czarnej łapki dostrzeżesz opodal,
wiedz, że koci bohater właśnie komuś pomocną dłoń podał.





15.01.2013

Wspomnienie (nieboszczki) Punkowej Orkiestry Świątecznej Pomocy


Młodych uprasza się o nieczytanie. Grozi zgorszeniem. Przynajmniej do wieku, aż zaczną dojrzewać.

Starszych prosi się o zrozumienie. Kiedyś wół też cielęciem był. Choć zapomniał. Jak sobie w trakcie zamierza przypomnieć – wspaniale. Jeśli nie – już na tym etapie powinien zaprzestać lektury.


Lata 90. ubiegłego wieku. Niektórzy byli jeszcze piękni i młodzi. Inni tylko piękni, bo zaczynali już przekraczać niebezpieczne progi dorosłości. Zdarzali się też tylko młodzi, bo z tą krasą to jakoś na bakier żyli. Bez względu na to do której kategorii zaliczaliśmy się, chyba wszyscy dalibyśmy palec pod budkę, gdyby zapytano: czy uważasz, że to był dobry czas? Bo był. Niezaprzeczalnie.


Się wtedy chciało. Walić przez kawał Polski. W śniegu po pas. W mrozie po czubek nosa i najdrobniejszy skrawek najmniejszego palca. W zasyfionym kiblu niezastąpionych Polskich Kolei Państwowych. W dziesięciu – w jednym kiblu. Gdy biletu było brak, a zdesperowanym się było, by dotrzeć do Krakowa.


Że Wawel, Sukiennice, Brama Floriańska, Barbakan czy Kościół Mariacki? Wtedy mieliśmy jeszcze czas na odkrywanie zabytkowych pereł. Zdążymy. Gorzej gdy spóźnimy się na koncert. Wejściówek jeszcze zabraknie. Albo przeoczymy muzycznych guru.


Uwielbiałam miny przechodniów, gdy przez miasto przelewała się fala kolorowych, dziwnie wyglądających ludziów. Dumnie sterczące irokezy. Ćwieki, żyletki, krowie łańcuchy. Skóry, pasiaki, polaki, rumuny, martensy. Skandowane okrzyki i niewybredne śpiewy.


To było prawdziwe święto punk rocka. Cały rok czekało się na Punkową Orkiestrę Świątecznej Pomocy, zwaną następnie Czad Orkiestrą (niestety na Jarocin wielu z nas urodziło się ciut za późno, toteż impreza ta zastępowała nam ów festiwal). Odkładało się złocisze na tę okazję. A jak nie udało się odłożyć, to sępiło się bez skrupułów. By wejść na koncerty. Bo bilet do najtańszych nie należał – aczkolwiek szło przecież na szczytny cel, na dzieciaki. Co niektórzy gotowi byli zrezygnować z kilku szkarłatnych trunków, by podzielić się z dzieciakami. „Dobre ludzie” tam zjeżdżali.


Całe załogi. Z nadmorskiej północy, ze środkowej części naszego pięknego kraju, z samiuśkich Bieszczad. A jaka to radość była, gdy się spiknęli tacy znajomkowie z Woodstocku! Nie do opisania. Bo tak się wtedy widywaliśmy: latem, w Żarach, w styczniu, w Krakowie, ewentualnie na Sylwestra, urodziny, tudzież większy punkowy koncert…


PKP. To tam wylewała z koryta rzeka. Rozlewała się po peronach, raz po razie wzburzając się okrzykami radości, gdy znajome twarze wpadały na siebie z impetem, bądź zupełnie niespodziewanie. Potem zrzuta. Ile kto miał. Że jeden dwa, a drugi dwadzieścia – jakie to miało znaczenie? Dopadało się mniejszy czy większy sklep. Ogromny stos bilonu na ladę. W zamian szkło – w rękawy, pod pazuchę, w plecaki. Wtenczas królowały patyki, truskawki, osiemnastki, byki, hulanki, bałagany i porzeczki. Ile procent duszy?


Następnie parki, bramy, ławki. Świat do nas należał. Przynajmniej ten niewielki jego skrawek, gdzie akurat królowaliśmy. Czasem próbowały tam wtargnąć jakieś bojówki. A to łyse głowy, a to paski na dresowych spodniach. Adidasy kontra glany. Leciały kosze na śmieci. Lała się krew. Tamowało się koszulami. Kilka plam więcej nie robiło im żadnej różnicy. Się załatało. Się polało alkoholem, by odkazić. Się zagoi. Do wesela. Jeszcze czas. Nie pora na takie gorsety.


Tylko zmieniają się kolory. Czerwony. Żółty. I zielony. Wbić się do hali (najpierw Hala Korona, potem Klub 38) wcale nie było łatwo. Setki osób chciało być tam już, teraz, natychmiast. Podobnie jak ty. Z tamtych czasów pozostał mi lęk przed ściskiem. Słabsi mdleli. Ale dzięki temu wnosiło się ich do środka. Gorzej gdy wyniesiono ich na tyły. I kilkadziesiąt minut przepychanki poszło w plecy. Niejednokrotnie modliłam się, by zawartość czyjegoś żołądka nie wylądowała na moich plecach.


Kiedy już odstało się swoje, kiedy zdobyło się upragniony bilet (czasem udawało się odkupić taniej od biesiadników, którzy wprawdzie kupili w przedsprzedaży, ale potem stwierdzili, że jednak wolą skonsumować kilka trunków więcej, bo muzyki i tak prawdopodobnie nie będą pamiętać), trzeba było jeszcze przetrwać bramkę, a na niej macankę. Czy nie wnosisz czegoś niedozwolonego (a lista była najczęściej baaardzo długa)? Czy nie przemycasz alkoholu? Czy ściągnąłeś pasek od spodni?


Na scenie się już działo. Pan Witek, gość z Atlantydy, jego kultowe pudło i koń, co to trochę przyduży urósł i nie wszędzie się mieści. Patyczak, bard nad bardy, nie do zdarcia i z pancerzem opierającym się wszelkiej krytyce. Potem zresztą spłodził Brudne Dzieci Sida. Strajk, Dee Facto, Bunkier, Robotnik, NOG, Karcer, Farben Lehre, Sajgon, Ukraina, Psy Wojny, Prawda, Hurt, Blade Loki, Bulbulators, The Analogs, Podwórkowi Chuligani, Cela Nr 3, Gaga/Zielone Żabki/Radical News, KSU, Quo Vadis, GBH, Anti-Nowhere League, The Vibrators, Los Fastidios, Oxymoron czy Oi Polloi – to niektóre z nazw, które przewinęły się przez krakowskie granie. I pogo. Pogo. Pogo. Do utraty sił.


Po wszystkim wracało się podstawionym autobusem, w asyście policji. Przeżuwało się niedosyt w ustach. I połykało pigułę żalu, że teraz znów dopiero za rok. Ale najpierw trza było wymarznąć swoje na PKP, w oczekiwaniu pociągu powrotnego. Już bez takiej werwy jak w tamtą stronę. Koniecznie machało się łapą na pożegnanie do Lucka, w kraciastej, robotniczej koszulinie. Jeszcze uśmiech do punkówy, która rokrocznie przyjeżdżała w komunijnej sukience (cóż, że przybrudzonej i podartej) i z pluszowym psiakiem na plecach? Im szpetniej, im bardziej kontrowersyjnie, tym lepiej – takie motto nam wtedy przyświecało.


W 2002 roku była pamiętna zadyma. Ulubiony temat mediów, gdy chodzi o subkultury. Rok później odbyła się chyba ostatnia Czad Orkiestra. Przynajmniej my więcej już tam nie byliśmy. Zawsze z sentymentem przypominamy sobie te koncerty, organizowane przez pana Janusza Krzeczowskiego.


Zostały wspomnienia, wymieniane między sobą od czasu do czasu. Kasety VHS oraz magnetofonowe. Bilety (zapodziane gdzieś - niestety - podczas przeprowadzki). I zdjęcia (z klisz), w formie tradycyjnej, namacalnej, takiej, której daleko jeszcze do cyfrowej jakości. Tak daleko, jak daleko dzisiejszemu pokoleniu do tamtych czasów.


Dla nas to ledwie krok. Przecież nie przyznamy się, że tak bardzo się postarzeliśmy.   

P. S. Dziękuję Darkowi za to, że nieraz podrasowuje moją kulawą pamięć...

13.01.2013

Kolędy Polskie w wykonaniu Kantorów Kajdasza


W drugą niedzielę stycznia, podczas gdy cała Polska skąpana była bryzą orkiestrowego szaleństwa, w klasztorze sióstr boromeuszek odbył się koncert Kolęd Polskich, w wykonaniu chóru Kantorzy Kajdasza, pod dyrygenturą Marka Zborowskiego, przy organach zaś gościł profesor Tadeusz Zathey.

Na ulicach wielkoorkiestrowy pośpiech, wartki nurt miedziaków wrzucanych do puszek, wolontariusze z sercami na dłoniach i nie tylko, nieśmiertelny rock n’ roll. Za murami klasztoru… cisza, spokój, skupienie, refleksja. Choć i tam nie brakowało czerwonych serc, naniesionych klejem życzliwości i pokoju na płaszcze, kożuchy czy kurtki.

Od jakiegoś już czasu Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza krzewi wśród trzebniczan kulturę „wysokich lotów”. Myślę, że nie będzie przesady w stwierdzeniu, iż boromeuszki niejako roztoczyły mecenat nad pracą duchową w dziedzinie nauki, literatury, sztuki, teatru czy muzyki. Nie uświadczy się tu bowiem artyzmu skalanego mianem kultury masowej, jeno same najsmakowitsze, najwykwintniejsze, najdostojniejsze kąski, często niedostępne dla przeciętnych rodzin (gdyż: bariera komunikacyjna, materialna czy zwykła nieznajomość tematu, albowiem obecne media rzadko kładą nacisk na elitarne, twórcze indywidua (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), propagując raczej to, co chwytliwe i … opłacalne).

Mam nadzieję, że działania sióstr – jak dla mnie: nieco za mało nagłośnione, przez co nie docierają do zbyt szerokiego grona (a może zwyczajnie mylę się i do kogo mają dotrzeć, do tego docierają?) - dadzą podwaliny ku temu, aby rozlazła po wszystkich kątach sieczka popkultury szczezła i zrobiła na scenie i (przede wszystkim) w ludzkich umysłach miejsce dla tego, co wartościowe i z pożytkiem dla społeczeństwa.

Jeśli moje pragnienia są zbyt daleko posunięte (w końcu po to mamy rozum i wolną wolę, byśmy sami oceniali co dla nas najlepsze), jeżeli słowa o szczezłej popkulturze miały zbyt jaskrawe zabarwienie, niechaj więc owe działania staną się choć przylądkiem alternatywy dla tych, których mierzwią lansowane wokół standardy. Niech będą przystanią dla zmęczonej duszy, styranej krzykliwą - nie mającą nie tylko żadnych granic, ale i oporów – pstrokatą, pełną włóknistego mięsa (którym się później nieprzyjemnie odbija i które przeszkadza pomiędzy zębami), zubożającą nas intelektualnie i emocjonalnie pseudokulturą.

Ale wróćmy do tematu… Kolędy Polskie w wykonaniu Kantorów Kajdasza były tym, czego potrzeba, aby przedłużyć nieco bożonarodzeniową magię. Nie tę (pseudo)magię, która puszy się na wystawach sklepowych już od listopada. Nie tę, która migoce z każdej strony, krzycząc: ja, mi, moje, mnie… kup, nabyj, musisz, potrzebujesz, koniecznie. Ale tę, która wypływa ze źródła tradycji, która skrzy się i promienieje pokorą, skromnością i… polskością.

Te chóralnie śpiewy pozwoliły – choć na moment jeszcze – otulić się serdecznością i chwałą Tamtej Niezwykłej Chwili, gdy to zstąpiły z nieba wysokiego tryumfy Króla Niebieskiego. Pomogły zanurzyć się w zadumie i refleksji nad cudem zimowej nocy, choć mroźnej – jednako najcieplejszej w roku. W barwnym kanonie niepowtarzalnego piękna. W rzewnej subtelności, wysublimowaniu i delikatności tego muzycznego menu. Zachęciły, by zamyślić się również nad tym czym jest sztuka, misterium tworzenia, szacunek dla każdego dźwięku, wyrazu, pojęcia, człowieka. W tej świątyni muzyki drgała w powietrzu myśl profesora Tadeusza Zatheya (wyczytana przeze mnie bodaj w którymś z wywiadów z udziałem tego wybitnego organisty i dyrygenta), iż „najpiękniejszym instrumentem świata jest głos ludzki”. Była wyczuwalna także obecność duchowa twórcy Kantorów, wielkiego mistrza, śp. Edmunda Kajdasza.

Niezwykłe to były chwile. Przybyła publiczność łapczywie spijała z ust chóralnych śpiewaków każdą nutę, każde słowo, nieśpiesznie delektując się nimi. Wszystkie troski przyblakły, codzienność została za murami klasztoru, była tylko polskość, tradycja, kolędy, i te wspaniałe głosy… niżej, wyżej, ciszej, głośniej, wolniej, prędzej, zgodnie z życzeniami dyrygenta. Nie zabrakło też wspólnego kolędowania, bowiem – jak mawiają – kolędy są nie tylko do słuchania, ale przede wszystkim do śpiewania.

Pewien zespół, o zgoła odmiennym charakterze, bowiem lubujący się w rytmie punk, NOG (z szacunku do starszych czytelników – by nie psuć charakteru materiału – nie pokuszę się o rozwinięcie nazwy) zagrzmiał niegdyś: „(…) rano, strzepując resztki z obrusa, strzepali z niego ciało Chrystusa…” Wydaje mi się, że tym samym odsłonili smutną prawdę dzisiejszych – coraz to bardziej trywialnych - czasów.

Życzę zarówno sobie, jak i Wam, abyśmy nie zapominali co jest istotą świąt, co jest sercem tradycji i byśmy nie skupiali się na pozorach, na całej tej otoczce, sztucznie rozdmuchanej przez rozmaitych producentów i speców od marketingu. Prawdziwa cnota wszakże nie potrzebuje medialnego rozgłosu. Ona jest w nas. Czasem przemawia tak cichuteńko, że trzeba chcieć ją usłyszeć… Dopiero gdy wykrzesamy z siebie owo „chcenie”, ona objawia nam się w całej swej krasie. I „pokój niesie ludziom wszem…”

Gloria in excelsis Deo...












11.01.2013

Przedstawienie baletowe "Dziadek do orzechów"

Artykuł powstał dla Starostwa Powiatowego w Trzebnicy.

Za wieloma próbami, za wieloma trudami, za wyrzeczeniami, potem, ale też i za górą wielkiej radości, morzem głębokiej pasji i nieprzebranym borem satysfakcji… mieszkała bajka. W niej elfy, arlekiny, lalki, myszki, koty, kwiaty, akrobaci, cyrkowcy oraz pełne gracji, opanowania i perfekcji solistki.

Bajki mają to do siebie, że lubią być słuchane, oglądane… była więc i publiczność, która nie szczędziła uszu i oczu, aby bajka mogła wypełniać się, zadziwiać, wzruszać i elektryzować. Nie żałowała też owacji i naręczy barwnych kwiatów, którymi obdarowano uzdolnione baletnice.

Bajki to mają do siebie, że potrafią władać zmysłami: kolory stają się dlań intensywniejsze, muzyka szykownie porusza struny najdelikatniejszych emocji, piękno wydaje się o niebo piękniejsze (o ile to w ogóle możliwe, ale - ponoć - dla uczuć i odczuć nie ma barier nie do pokonania). Bajecznie.

Panie: Katarzyna Długosz i Barbara Książczyk nadały całości niepowtarzalną oprawę – ciepło i rytm własnych serc. A kiedy wkładamy w coś serce – musi wyjść zjawiskowo, emocjonalnie i … magicznie. Tak też było.


Cieszymy się bardzo, że to fantazyjne widowisko odbyło się pod patronatem władz Starostwa Powiatowego w Trzebnicy. Dziękujemy za moc uniesień.




























4.01.2013

Kociogórskie bajania

Trzebnica - miasto, w którym urodziłam się ja, a także moi synowie…  w którym mieszkam, mam rodzinę, przyjaciół, moc zajęć, pasje… które nieustannie mnie zachwyca i inspiruje – to miejsce z „bogactwem historii i potencjałem przyszłości”. Dzieje się tu wiele dobrego, ale pamiętać należy, iż wszystko to w cudny sposób przeplata się z dawnymi dziejami, miejscowymi podaniami, ważnymi dla kociogórzan miejscami i postaciami, nierozerwalnie związanymi z lokalnym dziedzictwem.


To tutaj zapisali się w dziejach Dolnego Śląska Jadwiga i Henryk Brodaty, u nas urodziła się przyszła królowa Francji, Maria Leszczyńska oraz dokonano ważnych odkryć archeologicznych – śladów bytności na naszych ziemiach człowieka sprzed 500 000 lat, Homo erectusa.

Kocie Góry to piękne i przyjazne tereny. Warto zaznaczyć je na mapie swoich turystycznych planów.


Mamy również kotki, nie tylko urokliwe, ale i niesforne. Co tym razem zmalowały? Zapraszam do lektury. Lektury, której współautorami są moi synowie – razem bowiem puszczaliśmy wodze fantazji, gdy sen nie chciał nadejść…

Być może nasza bajeczka przypadnie do gustu także innym dzieciom? A może młodzi czytelnicy zechcą sięgnąć po regionalne legendy i wgłębić się w ekscytującą historię naszej małej ojczyzny? Mawiają, że czym skorupka za młodu nasiąknie… tym rozmiłowana jest do późnej starości. Znam takie, znam...
Trzebnicki Rynek skąpany w deszczu

Bywa, że nie wiadomo jak spożytkować późnojesienne piątkowe popołudnia. Ciągną się jak przydługie spaghetti, a do tego przeważnie są zbyt ciemne, za chłodne i ponuro dżdżyste.

Tak było właśnie z tym piątkiem. Mama próbowała sklecić jakiś artykulik, niestety mizernie jej to wychodziło. W przyciasnym pokoju synowie dokazywali na całego, trudno więc było się skupić. – „Mamo, on mi zburzył!” – „Bo on mi to zabrał!” – „Puść to… dawaj… to moje!”

- „Dość tego! Proszę o spokój…” Rodzicielka czuła się jak bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem. Jeszcze sekunda i eksploduje. – „A może poczytamy troszkę?” – to zawsze łagodzi sytuacje. W jednym momencie – jak za sprawą magicznej różdżki – dwoje diabełków przemieniło się w potulne owieczki i – z niewinnymi minkami, płomyczkami radości w oczętach oraz uśmiechem rozsmarowanym (jak słodka Nutelka) po twarzyczkach – przysiedli się do mamy. – „To co dzisiaj czytamy? A może sami wymyślimy jakąś fantastyczną historię, co wy na to?” „Taaaak! Super! Zaczynajmy…”

- „Dawno, dawno temu…” – „Nieee, to nudne.” – „Więc może: za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…” – „Nieee, wystarczy, to też jest w każdej bajce. Może coś oryginalniejszego?” – „No to spróbujmy jeszcze raz, wspólnie…”

- „To może tak… Wcale nie tak dawno temu, hmm… za Winną Górą i Polską Wodą… mieszkało dwóch chłopców o imionach…” – „… Igor i Borys!” (dało się słyszeć zgodny chór) – „Dobrze, niech będzie… Igor i Borys. Dzień chylił się ku końcowi, ciągle jednak jeszcze zbyt wcześnie było, ażeby chcieć wtulić nosy w poduszkę…” (Zieffff, synowie – jeden po drugim – niczym rozziewane hipopotamy rozdziawili szeroko swoje buziole). – „Mamo, podasz poduszkę?” – „Proszę bardzo.” – „I kontynuuj…”

- „… Nudziło im się niemiłosiernie, więc zaproponowali: – „Może wyjdziemy na dwór? Przespacerujemy się, przewietrzymy, dotlenimy – i będzie nam się lepiej spało. Co ty na to?” – „Dobrze, to żwawo ubierajcie kalosze, kurteczki, weźcie parasole (bo ciągle mży) i wyjdziemy na chwilę.” – Poczekaj, tylko zabierzemy latarki, wtedy jest przyjemniej.” – „Gotowi? To ruszamy.”

Zgrzyyyt – klucz w zamku jakby głośniej zaskrzypiał. Tup, tup, tup – nogi jakby lżej niosły. A światła w Rynku jakby intensywniej świeciły. Coś czaiło się w powietrzu.

Drzewko szczęścia

- „Mamo, spójrz, na cokole brakuje Kociogórka i Lubuszki. Ktoś musiał ich ukraść! Trzeba zawiadomić policję.” – „Popatrzcie, drzewko szczęścia zupełnie inaczej niż zwykle mruga kolorami. Co to może oznaczać? Co się tutaj dzieje?” – „Zauważyliście tę prawidłowość: trzy krótkie mrugnięcia, trzy długie i znowu trzy krótkie? Ktoś chyba potrzebuje pomocy, toż to sygnał S.O.S.!” – „A co to znaczy?” – „Że ktoś znalazł się w tarapatach i prosi o wsparcie.” – „To na co jeszcze czekamy?” – „Nie wiemy kto, ani gdzie…” – „Zaraz poproszę o pomoc drzewko, przecież zawsze spełnia nasze marzenia…” – i Borysek dotknął pnia, przymknął oczka i począł mruczeć pod noskiem swoje pragnienia. Wtedy stała się rzecz nieoczekiwana. Wszystko wokół zawirowało, zaczęło tańczyć w niesamowitym tempie, barwy zlały się w jedną, trudną do zdefiniowania plamę – i otworzyło się coś na kształt magicznego portalu, zupełnie jak w filmach familijnych. Wessało nas z ogromną mocą i poczuliśmy się, jakbyśmy zaczęli zjeżdżać z gigantycznej zjeżdżalni, pełnej zakrętów i ostrych zawijasów. Wokół dało się słyszeć żałosne „miau, miau…” – ale nigdzie nie było śladu miauczącego ktosia. – „Aaaaaaaa!” – „Trzymajcie się!” Nagle poczuliśmy, iż spadamy. Całe szczęście, że ciągle trzymaliśmy w dłoniach otwarte parasole (firmy Kulik), dzięki temu upadek nie był dotkliwy, tylko zaczęło nas znosić, jakbyśmy byli zaopatrzeni w spadochrony. Kiedy dotknęliśmy już nogami bezpiecznego gruntu, delikatnie unieśliśmy powieki, by podejrzeć choć jednym okiem: gdzie my w ogóle jesteśmy? Okolica była dziwnie znajoma, choć wyglądała na surową i dziką. Co się stało? Jak to wszystko możliwe? Jak to wytłumaczyć, jak ogarnąć rozumem? Mamie wydawało się, że poddała się jakiejś zbiorowej halucynacji. Ukradkiem uszczypnęła się w dłoń. Ajć, boli. Wygląda na to, że nie śpimy.
Homo erectus - w Muzeum Regionalnym
- „Mamo, spójrz, kim oni są? I dlaczego nie mają na sobie ubrań?” – zapytał Borysek, wskazując na grupkę dziwnie wyglądających osobników. Tuż za nimi stało parę szałasów i płonęło ognisko. Kilka osób pochylało się nad stertą kamieni, coś z nich jakby wyrabiając. – „Zaraz, zaraz – zakrzyknął podekscytowany Igor – czyż to nie Homo erectus?” – „Tak, wygląda na to, że przenieśliśmy się w czasy "człowieka wyprostowanego". Nie krzyczcie tak, bo nas jeszcze usłyszą.” Cała trójka zaczęła przemykać truchtem pomiędzy licznymi zaroślami. Teraz już poznawali – to stok Winnej Góry, ale jakby bardziej srogi, dziki i niedostępny. Nagle natrafili na coś, co wyglądało jak wielkie jajo. Dużo większe od strusiego, które widzieli podczas warsztatów z lokalnym artystą, prezentującym przepiękną Pisankę Trzebnicką. Obok kolejne, i kolejne. Rety, zaczyna robić się naprawdę niebezpiecznie. Wtenczas, gdy ujrzeli nad sobą wielki cień, z rozłożystymi skrzydłami – pojęli grozę sytuacji. – „Uciekamy, pterodaktyl – tędy!” Pędząc ile sił w nogach minęli jeszcze bizona, mamuta, tygrysa szablozębnego i kilka kolosalnych gadów. „Velociraptor, Iguanodon, Stegosaurus, Triceratops, Mononykus, Oviraptor…” – chłopcy recytowali (nadzwyczaj zgodnym) chórem, nie tracąc wcale tempa (trzeba bowiem dodać, że są wielkimi miłośnikami odkryć paleontologicznych). Mamie jednak nic się nie zgadzało, wszystko było wymieszane w tej przestrzeni czasu. Przecież to całkiem inne jednostki czasowe! Gdzie dinozaury, gdzie prehistoryczne ssaki czy ludzie pierwotni? W co my się wpakowaliśmy? Dopiero gdy na horyzoncie zamajaczył fioletowy smok, ziejący na przemian fajerwerkami i bańkami mydlanymi – wszystko stało się jasne. – „W tej chwili przestańcie sobie to wyobrażać! To wasza fantazja jest sterem. Cokolwiek pomyślicie… Jeju, aż się boję, z czym za chwilę możemy stanąć oko w oko.” – „Naprawdę? Ale super! Zawsze chciałem zobaczyć: krasnoludka, elfa, Mikołaja, Dziadka Mroza, Kapitana Haka… – jeden z synów zaczął wyczarowywać obok nas kolejne postaci – … któregoś Gormita, Bionicla, Bakugana, Ben10’a i Lorda Garmadona z Lego Ninjago…” – „Dość tego, przestań natychmiast!” Zresztą za późno było na gadanie, bowiem zdążyła wrócić mama fioletowego smoka i – bynajmniej – wcale nie zionęła bańkami mydlanymi. Wyglądała na głodną, rozwścieczoną i niesympatyczną, a my nie zamierzaliśmy stać się daniem głównym, przypieczonym wcześniej w strumieniu ognia.
„Nagle ktoś szarpnął mamę za rękaw, wskazując wejście do groty. Tam byliśmy bezpieczni. Owym „kimś” okazał się jeden z młodych mężczyzn, uprzednio ciosający kamienie. Teraz uśmiechał się nieśmiało. Nie wiedzieliśmy jak się zachować, co powiedzieć. – „Dziękujemy” – odezwało się w końcu nasze trio. „On” tylko uśmiechnął się – już nieco śmielej – i wcisnął nam w dłonie po kamieniu. Chłopcy – nie chcąc być dłużni – obdarowali go latarką i elektronicznym, dziecięcym zegarkiem. Nie było czasu na nic innego, bowiem oto otworzył się przed nami – znajomy już – portal i znowu wszystko wokół poczęło wirować.

Św. Jadwiga - Muzeum Kultu św. Jadwigi
Tym razem bez strachu poddaliśmy się całej procedurze: kolory, zjeżdżalnia, lot, delikatny upadek. Rozejrzeliśmy się wokół. Scenografia zgoła inna. Gwar, rwetes, zamieszanie. Jakąś budowlę wznoszą. Majestatyczną. Podeszła do nas niewiasta, z butami zarzuconymi na ramię. Była skromna i pokorna; na twarzy jej malował się spokój, skupienie i wielka miłość. – „Mamo, popatrz, przecież to święta Jadwiga” – (jakże słusznie) zauważył Borysek. – „Witajcie, pielgrzymi, cóżesz was sprowadza na nasze piastowskie ziemie?” – łagodnie, tymi słowy, przemówiła Jadwiga. – „O pani, nie jesteśmy godni…” – zaczęła mama, ale księżna przerwała jej. – „Na pewno jesteście głodni i spragnieni, zapraszam do siebie, odpoczniecie i wszystko opowiecie.” To było niesamowite przeżycie. Księżna Jadwiga oprowadziła nas po włościach, opowiadając historię o tym jak Henryk Brodaty, polując pewnego razu, wpadł w bagno i o mało życia nie utracił. Na pamiątkę cudownego ocalenia stawiają klasztor i kościół (czego świadkiem właśnie jesteśmy). Była bardzo wzruszona, gdy powiedzieliśmy jej, że została – w naszych czasach – ustanowiona patronką Trzebnicy. Zaprowadziła nas również w swoje ulubione – niezwykle malownicze – miejsce, gdzie często odpoczywa po trudach wędrówki z Wrocławia. Rozpoznaliśmy w nim Kapliczne Wzgórze, z charakterystyczną aleją wiekowych lip. Następnie towarzyszyliśmy księżnej w działaniach charytatywnych, prowadzonych w okolicy murowanego kręgu, zwanego współcześnie Rotundą Pięciu Stołów. Tam też widzieliśmy się z Jadwigą ostatni raz. Znienacka bowiem otoczyły nas odgłosy miauczenia, zerwała się tajemnicza wichura i znajome kolory wciągnęły nas w portalowy wir. Było nam smutno, że nawet nie zdążyliśmy pożegnać się z – niezwykle gościnnymi – Jadwigą i Henrykiem. Po tym spotkaniu została nam jednak pamiątka: skromny, drewniany różaniec i nadpalony nieco modlitewnik.

Kapliczne Wzgórze
Tym razem wydawało się, jakbyśmy lecieli znacznie dłużej. W tym całym kołowrotku, w plątaninie barw, poczęły się pojawiać jakby wyraźniejsze obrazy: pieczęcie Piastów Wrocławskich, Staw Gondolowy oraz kuracjusze – miłośnicy wód mineralnych i borowiny, ostatni pustelnik, synagoga, wojska stacjonujące w Trzebnicy, a także mgliste fragmenty z maminego dzieciństwa, przypadającego na szare czasy PRLu. Upadek był nieunikniony. Wylądowaliśmy na rozłożystym drzewie, pełnym pachnącej zieleni. – Miau, miau – pomiaukiwanie było coraz wyraźniejsze. Trudno było jednak cokolwiek dojrzeć, gdyż ciemności powoli spowijały krajobraz.

Maria Leszczyńska (autorstwa p. Ewy Mroczek) - w jednej z sal trzebnickiego Ratusza

Ale co to? Pod nami zrobiło się gwarno i jakoś niezbyt przyjaźnie. Jacyś uciekinierzy, tuż za nimi pogoń. Dopadli ich. Szamotanina. Odgłosy walki. Płacz niemowlęcia. Zamarliśmy w bezruchu, bojąc się głębiej odetchnąć, ażeby nas nie usłyszano i nie zauważono. Kiedy zamieszanie na dole ustało, wszyscy rozjechali się w swoje strony, było cicho i pusto – odważyliśmy się zejść na dół.

- „Mamusiu, spójrz, coś tu błyszczy.” – „Popatrz, to pierścień! Cudny!” – „Mamo, przecież to klejnot, którego szukaliśmy w Marynki, w Noc Świętojańską, pamiętasz? A my znajdujemy się w Piekielnym Wąwozie.” – „Zatem owo dziecię musiało być… o rety…” – „Tak, to była sama Maria Karolina Zofia Felicja Leszczyńska. Niesamowite.”

Miau, miau – teraz kocurek okazał się w całej krasie, ocierając się pieszczotliwie o nasze nogi. Kiedy schyliliśmy się, by go pogłaskać – przytrafiła się nam rzecz niesłychana. Każde z nas poczuło, jakoby się kurczyło. Nasze dłonie powoli zmieniały się w kosmate łapki, ubrania rozlewały się w plamy na sierści, coś zmieniło naszą postawę z wyprostowanej na czworonożną i wyrastać nam zaczęły dostojne wąsy. – „Ojć, łaskoczesz mnie wąsikami… ha ha ha” – Igor z Borysem przekrzykiwali się nawzajem. – „Mamo, my mamy ogony. Czadersko!”

Wtedy stało się coś jeszcze. Mamy jednak nic już więcej nie mogło zadziwić. Tyle dzisiaj przeżyli, że odtąd gotowa była uwierzyć we wszystko co się tylko wydarzy. Kot ciągle miauczał, ale oni rozumieli teraz co on mówi. Mało tego: sami – bez najmniejszego problemu – posługiwali się tym osobliwym, kocim językiem. Okazało się, że to – dobrze im znany – Kociogórek (chociaż gdyby nie stylowa mucha pod szyją, to trudno byłoby to stwierdzić z całą pewnością). To kotek wzywał pomocy, migocąc lampkami drzewka szczęścia w rytmie S.O.S. Wraz z Lubuszką (która do nas po chwili dołączyła) utknęli w równoległym wymiarze. Naszła ich ochota na harce, opuścili swoje stanowisko (usytuowane na trzebnickim Rynku) i postanowili odwiedzić przyjaciół w kocim raju. Niestety zabawili tam zbyt długo i portal zatrzasnął się przed nimi. Jedyną metodą uwolnienia się było sprowadzenie do tego świata jakiegoś kociogórzanina. Albo trójki kociogórzan – bo akurat takowi byli pod ręką… pardon, pod gałązkami drzewka szczęścia. Takim oto sposobem mama, Igor i Borys – zatem właściwie: my – staliśmy się wybawcami trzebnickich kociaków. Prawda, że mogło być nieciekawie, gdyby nazajutrz, podczas porannego, sobotniego spaceru, ktoś zorientował się, że pomnik nie stoi na swoim miejscu? A właściwie: stoi jego cokół, a Kociogórka i Lubuszki brak. Oj, narobiłoby się…

W podzięce za uratowanie honoru niesfornych kociaków – ci ostatni zaprosili nas na uroczystą kolację. Dziwne, po wizycie u świętej Jadwigi i Henryka Brodatego powinniśmy czuć się syci (zwłaszcza, że Igorek i Borysek to – co tu dużo mówić – niejadki), a jednak z chęcią przystaliśmy na tę propozycję. Było kakao, rozmaitych smaków budynie i masa smakołyków, których głównym składnikiem jest mleko. Przypomniała nam się na tę okoliczność scena z Pana Kleksa, w której Adaś Niezgódka trafia do psiego raju, gdzie stoi czekoladowy pomnik weterynarza. Właściwie było podobnie. Mama spotkała Czarkę, ukochaną kotkę z dzieciństwa – i czułościom (oraz wspominkom) nie było końca. Sielankę przerwał Kociogórek: – „Na nas pora, zbieramy się, bo jeszcze chwila i wszyscy tu utkniemy. Na amen.” Pożegnaliśmy się – serdecznie – z pozostałymi futrzastymi przyjaciółmi i pozwoliliśmy energetycznemu portalowi porwać nas w nieznane.


Mała ścieżka św. Jadwigi i Bazylika
Albo i znane. Wylądowaliśmy bowiem (już w ludzkiej postaci) na zboczu Kociej Góry. Tym razem w czasach współczesnych. Senne miasto przycupnęło w dole, spowite ciszą i spoczynkiem. Mrugało tylko radośnie wieczornymi światłami, jakby witając nas (wprawdzie niemo, za to jakże efektownie) i ciesząc się na nasz powrót. My również byliśmy radośni, bowiem – jak to mawiają – wszędzie dobrze, jednak w domu najlepiej. Zresztą: przygody przygodami, ale czuliśmy się nieco znużeni. To już najwyższa pora na sen. Zajrzeliśmy jeszcze, po drodze, do Bazyliki, chcąc choć podziękować za gościnę świętej Jadwidze. Słowo daję – wierzcie lub nie – że promiennie się do nas uśmiechnęła. Kiedy doszliśmy do Rynku, Kociogórek i Lubuszka grzecznie siedzieli na swoich miejscach. Mrugnęliśmy doń oczkami, ci – prawie niezauważalnie – pomachali nam ogonkami. Na koniec jeszcze drzewko szczęścia zaszemrało listeczkami: „dooobreeej nooocyyy”.

Kociogórek i Lubuszka na tle trzebnickiego Ratusza
Reszty nie pamiętamy: jak znaleźliśmy się w domu, czy zjedliśmy kolację, wymyliśmy zęby? Ogarnęła nas wielka senność. Czy cokolwiek nam się śniło? A może to wszystko było – po prostu – snem? Jeśli tak, to jak wytłumaczyć obecność trzech krzemiennych narzędzi, pięknego pierścienia, modlitewnika oraz drewnianego różańca? Kleptomanami raczej nie jesteśmy… Do tej pory nie możemy także znaleźć elektronicznego zegarka i latarki, którą – we śnie czy nie? – podarowaliśmy chłopcu z czasów Homo erectusa. Mieliśmy nawet pomysł, by oddać nasze eksponaty do Muzeum Regionalnego i Muzeum Kultu św. Jadwigi – tylko czy ktoś by nam uwierzył w nasze opowieści?