31.03.2015

Jak to pięknie Czytać Pięknie...

Fot.: Barbara Ulatowska - TCKiS

Już od najmłodszych lat - na pytanie: co zabrałabyś na bezludną wyspę? - odpowiadałam: książkę. Miałam wprawdzie dylemat, bo równie kuszącą odpowiedzią był: walkman (taki praprzodek mp3), ostatecznie książka jednak zwyciężała. Przypuszczam, że gdybym nie miała takiej możliwości, to pewnie sama bym ją tam stworzyła. Nucąc sobie przy tym ulubione melodie.

O tym, jak wiele korzyści niesie ze sobą czytanie, wiedzą chyba wszyscy. Rozwija to naszą świadomość, poszerza horyzonty myślowe, uczy dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, odnajdywania zależności, wyciągania wniosków, kształtuje postawę refleksji, koncentracji, nie pozostaje bez wpływu na umiejętność werbalizowania uczuć i potrzeb, rozwija słownictwo – ogólnie rzecz biorąc: podnosi kompetencje niezbędne do właściwego funkcjonowania społecznego, komunikacji interpersonalnej. Wspomaga harmonijny rozwój intelektualny i emocjonalny, uczy wrażliwości, dostarcza rozrywki, obdarza nas cenną i piękną umiejętnością fantazjowania i odbywania podróży czasoprzestrzennych… w wyobraźni. Bywa spokojną przystanią, w której ugłaskać można zmysły skołatane codziennością, przestrzenią relaksu, spokoju, wyciszenia i odpoczynku od nadmiaru stymulacji i wrażeń, oazą wytchnienia na pustyni obowiązków. Zawsze jest spotkaniem z niezwykłą przygodą i pomostem międzypokoleniowym, a także niezawodnym towarzyszem i wiernym przyjacielem.

Wokół wciąż słychać o kryzysie rynku książki i powolnej agonii czytelnictwa. Nie chcę dać temu wiary. Dobrowolnie rezygnować z takiej rozkoszy? Niewyobrażalne!

Pamiętam, jak wynosiłam na podwórko (kiedyś one służyły nie tylko jako parkingi dla aut, ale przede wszystkim były miejscem spotkań i fantastycznej zabawy okolicznych dzieciaków) książki – rozmaite baśnie, klechdy, opowiadania – i czytałam młodszym koleżankom i kolegom. Wokół mnie gromadziły się maluchy, które z wypiekami na twarzach wsłuchiwały się w lekturę. Uwielbiałam te chwile. Uwielbiałam im czytać na głos, zabierać je na wyprawę w inny wymiar, bajeczny, magiczny, w którym wszystko jest możliwe. Przeżywaliśmy gamę rozmaitych emocji – od lęku po euforię.

Nadal bardzo lubię czytać dzieciom na głos, dozować napięcie, kontrolować dynamikę interakcji poprzez intonację, modulację, rytm, tempo mówienia, omiatanie ich wzrokiem (tzw. efekt latarni morskiej). Żałuję, że coraz mniej mam na to czasu. Cieszę się jednocześnie, że moi synowie dorośli już na tyle, że potrafią czytać samodzielnie, nie zjadają mnie więc wyrzuty sumienia z powodu tego niedoczasu…

Spotkał mnie wielki zaszczyt, a zarazem ciekawe doświadczenie (obarczone sporą odpowiedzialnością). Tym razem zaproszona zostałam do Konkursu Pięknego Czytania - w charakterze słuchacza i jurora. Jedna z trudniejszych ról, w jakie musiałam się wcielić. Obawiałam się, czy jestem odpowiednio wypoczęta, nastrojona, skupiona, obiektywna i sprawiedliwa w ocenach, kompetentna, czy nikogo nie skrzywdzę swoją notą, czy jakieś podprogowe, podświadome bodźce nie wpłyną na moją percepcję. Dobrze, że głosy jury rozłożone były na trzy różne osobowości. Zdziwiły mnie różnice w postrzeganiu, a właściwie w odbieraniu wrażeń słuchowych, pomiędzy oceniającymi. Wnioskuję z tego, że „obiektywizm” jest jednak pojęciem względnym. Niby słuchałyśmy tego samego, a jednak – co widać było po ocenach – słyszałyśmy zupełnie co innego. Zaczęłam szukać wyjaśnienia i trafiłam na pewne badania, w których tłumaczono: „Wrażenia słuchowe nie są jednak wyłącznie wynikiem biernego odbioru bodźców zewnętrznych, lecz są dodatkowo uwarunkowane cechami charakterologicznymi obserwatora, jego doświadczeniem słuchowym oraz procesami aktualnie zachodzącymi wewnątrz jego organizmu. Zmienność tych warunków tłumaczy różnice wrażeniowe w odbiorze tych samych bodźców akustycznych przez różnych słuchaczy oraz wyjaśnia, dlaczego ten sam słuchacz postawiony dwukrotnie wobec tej samej sytuacji dźwiękowej może odbierać różne wrażenia słuchowe.” (http://sound.eti.pg.gda.pl/student/tn/zassl.pdf) I wszystko jasne.

Spotkałam się z opiniami, jakoby dzieci nie powinny czytać na głos, gdyż – ponoć – wtedy utrwala się w nich nawyk subwokalizacji, ograniczający w przyszłości tempo czytania w myślach, a także sprzyjający czytaniu bez zrozumienia. Nie wiem, jakoś mnie to nie przekonuje. Powiedziałabym raczej, że czytanie na głos to wielka frajda, wspomagająca czytanie ze zrozumieniem. Ale może się po prostu nie znam…

Cieszę się, że są jeszcze dzieci, które nie wlepiają oczu jedynie w monitor, tylko karmią się przygodami książkowych bohaterów. Przy okazji projektują i budują swój układ nerwowy oraz fizyczną strukturę mózgu (jakkolwiek by to nie brzmiało). Z pożytkiem dla całego społeczeństwa. Amen.

Wszystkim "Pięknie Czytającym" serdecznie gratuluję! Konkurencja była ogromna, albowiem zgłosiło się ponad 200 uczestników, co przeszło najśmielsze oczekiwania organizatorów. Z tego też powodu konkurs rozciągnięto w czasie - z planowanych 2 dni zrobiło się 6 dni przesłuchań! Nagrodzono po 21 osób w każdej z kategorii. 

Wyniki dostępne są już na stronie TCKiS:
http://www.tckis.trzebnica.pl/954/74/konkurs-pieknego-czytania-wyniki.html



25.03.2015

Powystawowo - czyli "po drugiej stronie pióra"

Materiał spóźniony, i to bardzo. Ale ten Czas... wciąż bawi się ze mną w berka. A ja dostaję zadyszki - i przegrywam. Nieustannie w Niedoczasie...

Na podziękowania jednak nigdy nie jest za późno. To akurat ta kategoria, w której "lepiej późno niż wcale"...

Dziękuję więc serdecznie - za wszystkie dobre, ciepłe słowa. Nie przywykłam znajdować się po tej "drugiej stronie pióra" (zdecydowanie wolę pisać, niźli być opisywaną) - ale bardzo miło mi było czytać te pozytywne recenzje. Dziękuję!

Dziękuję:
- Pani Magdalenie Szymańskiej,
- Pani Agnieszce Pruszkowskiej-Jarosz,
- Pani Ewie Miedzwieckiej,
- Panu Waldemarowi Marcowi

oraz Pani Cecylii Śmieszkowskiej, Panu Sebastianowi Węgrzynowskiemu i pozostałym pracownikom PODM-P, Panu Staroście Robertowi Adachowi

i wszystkim tym, którzy mnie wspierali, dopingowali, motywowali, krzepili dobrym słowem oraz odwiedzili wystawę.

D Z I Ę K U J Ę !







Bogate życie wewnętrzne - rzecz o... pasożytach





„Masz bogate życie wewnętrzne...” – jakże innego znaczenia nabierają te słowa, w kontekście nauki przekazywanej przez pewną naturopatkę, którą dane mi było poznać. I – wierzcie mi – nie chodzi tu bynajmniej o kłębiące się wewnątrz myśli czy emocje, a raczej o… pasożyty, które zamieszkują praktycznie w każdym z nas. Według danych WHO 95% ludzi na świecie nosi w sobie niechcianych lokatorów.


Tak, tak, ja też dotąd myślałam, że skoro dbam o higienę, po każdym powrocie do domu, korzystaniu z toalety i przed posiłkami myję ręce, myję owoce i warzywa, mięso spożywam jedynie po poddaniu go wcześniej obróbce termicznej i tak dalej – z pewnością problem pasożytów mnie nie dotyczy. A przecież zagrożenie czyha z każdej niemal strony – banknoty i monety, poręcze, klamki, koszyki sklepowe, poczekalnie, kluby fitness, siłownie, baseny, kurz i pył… wszędzie, dosłownie wszędzie. Nie ma również reguły na to, do kogo zapuka taki „gość”: biedni, bogaci, starzy, młodzi, w wielkim mieście czy w odległej wsi – wszyscy jesteśmy potencjalnym celem parazytów.

Teoretycznie: sprawny układ immunologiczny powinien poradzić sobie z inwazją na nasz organizm. A jak wygląda to w praktyce? Chroniczny stres, zmęczenie, pośpiech, niewłaściwe odżywianie, wszechobecna chemia, zanieczyszczenie środowiska, toksyny, medykamenty (a zwłaszcza antybiotykoterapia) zaburzają naturalną równowagę i znacznie osłabiają układ odpornościowy człowieka. Nic więc dziwnego, że pasożyty, bakterie, wirusy, grzyby i pleśni mają ułatwione zadanie i bez trudu przenikają do naszego wnętrza, panosząc się tam bezlitośnie i systematycznie oraz skutecznie degradując nasze zdrowie.

Pasożyty nie byłyby pasożytami, gdyby doskonale nie maskowały swojej obecności. W końcu w ich interesie jest jak najdłużej czerpać profity ze swojej ofiary, wyssać z niej wszystko, co wartościowe, żywić się kosztem swojego – często nieświadomego tego faktu – „sponsora”. Najgorzej, że mogą egzystować w nas latami, niejako sterując nami, nie dając objawów na tyle jednoznacznych, jasnych, klarownych i czytelnych, byśmy zorientowali się, z czym mamy do czynienia. Dopiero, gdy ich liczba wzrośnie czy też spotka się w nas kilka gatunków – organizm zaczyna „fiksować” i odczuwać rozmaite dolegliwości. Zwykle jednak daleka jeszcze droga, by móc skojarzyć to z działaniem naszych „nieproszonych gości”.

Wędrujemy więc sobie od lekarza do lekarza, odsyłani od Annasza do Kajfasza. Internista, alergolog, dermatolog, endokrynolog, gastroenterolog, ginekolog, hematolog, immunolog, kardiolog, neurolog, otolaryngolog, reumatolog, urolog… a gdy już wyczerpiesz wszelkich możliwych „-logów”, spotykasz się z sugestią, że albo jesteś hipochondrykiem, albo powinieneś udać się jednak do… psychiatry.

Chyba, że wcześniej trafisz na kogoś, kto pokieruje Cię w stronę tematu pasożytów. Może to znacznie skrócić Twoje męczarnie, frustrację, oszczędzić Twój czas, pieniądze, energię.
Oczyszczanie organizmu z pasożytów – coś Ci to mówi? Dbasz o swoje mieszkanie, sprzątasz, myjesz, wietrzysz, pozbywasz się niepotrzebnych przedmiotów. Dbasz o swój samochód – regularnie robisz jego przegląd, korzystasz z myjni, wymieniasz olej. Dlaczego więc zapominasz o najważniejszym miejscu – swoim ciele, świątyni? Dlaczego nie eksmitujesz „wandali”, którzy niszczą Twoje najcenniejsze "mienie"? Tylko w ten sposób stworzysz fundamenty pod „nowy dom”, przestrzeń wolną od "toksycznych relacji" i mogącą na nowo odbudować zdrową mikroflorę.

Najtrudniejszy pierwszy krok…

EDIT:

W 2018 roku, po czterech latach pracy w gabinecie naturopatki specjalizującej się w nauce oczyszczania organizmu z pasożytów, postanowiłam podzielić się swoimi doświadczeniami w krótkiej (48 stronicowej) publikacji: "Pasażerowie na gapę - PASOŻYTY" Anna Jełłaczyc.


Strona sprzedażowa:
https://annajellaczyc.pl/sklep/

ZAPRASZAM DO ZAKUPU!




Jestem przekonana, że po dogłębnym zapoznaniu się z tematem – ciężko Ci będzie zaznać spokoju. Któż bowiem świadomie pozwoli rujnować swoje zdrowie i życie?

23.02.2015

Bazarek Trzebnica zaprasza!

fot. Adrian Opałka
Jakiś czas temu powstało w Trzebnicy kolejne ciekawe miejsce, w którym warto pobuszować. Bazarek – gdzie współczesność przeplata się eklektycznie z odległą przeszłością. Znaleźć można tam nie tylko przedmioty codziennego użytku, ale jest to również doskonała baza wypadowa dla kolekcjonerów maści wszelakiej, hobbistów i miłośników staroci, albowiem pełno tam przedmiotów z duszą. Poszukiwacze okazji, szperacze unikatów, białych kruków – to eldorado powstało specjalnie dla Was, dlatego nie zwlekajcie, tylko czym prędzej skierujcie swoje kroki na ul. Św. Jadwigi 7, nieopodal dawnej siedziby gazety NOWa, do budynku gdzie mieścił się wcześniej ciucholand.

Praktycznie codziennie można znaleźć tam coś nowego, a wraz ze zmianą asortymentu, zmienia się automatycznie (jakże klimatyczny) wystrój sklepu. Sklep czynny jest od poniedziałku do piątku w godz. od 9.00 do 17.00, a także w sobotę od 9.00 do 13.00. Oprócz tego, że znaleźć można tam naprawdę przeróżne cuda i cudeńka, właściciel prowadzi także skup przedmiotów używanych. A że jest on prawdziwym pasjonatem – przekłada się to również na wachlarz oferowanych „materii”. Czegoż tam nie ma?! Militaria buńczucznie rozpychają się pośród tysiąca drobiazgów. Stylowe antyki dumnie prężą drewniane blaty; radosne mebelki dziecięce kuszą barwą i dizajnerskim stylem; szereg gitar aż prosi się, by pociągnąć za struny i zagrać nań obozowe pieśni; obiektywy starych aparatów fotograficznych wciąż mają pod powiekami ciepło i rozkosz letnich pejzaży. Sprzęt sportowy rwie się do działania. Dawne projektory czytają slajdy tamtych lat. Jakiś fotel marzy, by przysiadł na nim strudzony wędrowiec. Niemieckie księgi pachną tajemnicą. Zdumiony, porcelanowy anioł łypie na wszystko ciekawskim wzrokiem.


Jestem pewna, że kiedy zmierzch otula ten zakątek Trzebnicy, gdy księżyc delikatnie wpuszcza przez okienko swą łagodną poświatę – jest tam gwarnie i rojno, jak na najwytrawniejszym targu. Nie cichną przechwałki i przekomarzania, nie gasną niesamowite opowieści i wspomnienia, przestrzeń wypełniają legendy, klechdy, bajania i baśnie z wielu zakątków świata. Dokładnie z tylu, z ilu pochodzą składowane tam przedmioty. Te zaś przychodzą, odchodzą… pozostawiają ślad, część siebie, jakąś magiczną historię, dawne dzieje, pamięć o poprzednich właścicielach i nadzieję na to, że w nowym domu odnajdą należne miejsce i jeszcze komuś posłużą, przysłużą się, pomogą. To bowiem cenią sobie najbardziej: użyteczność i poczucie bycia potrzebnym.

(fot. Adrian Opałka)







5.01.2015

Jolanta Janusiewicz - Skarszyn. Historia życiem pisana



Szanowna Pani Jolanto,

czuję się zaszczycona, wdzięczna i uradowana z faktu, iż postanowiła mnie Pani uhonorować swoim dziełem – książką Skarszyn. Historia życiem pisana. Dziękuję również za zaproszenie na wieczór autorski i proszę przyjąć moje przeprosiny, że nie mogłam jednak uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu. Szkoda, że nie miałam sposobności napisać o tym wszystkim „na świeżo”, w momencie gdy wszystkie emocje jeszcze żywo pulsują i buzują, jednakże choroba obróciła wniwecz moje zamierzenia. Cóż, życie.

Serdecznie gratuluję Pani sukcesu i doprowadzenia przedsięwzięcia do szczęśliwego końca. Książka stanowi ważną pozycję w biblioteczce miłośnika ziemi trzebnickiej. Pisana jest prostym językiem, trafiającym do każdego i wciąga już od pierwszej strony: dedykacje są tak szczere, przejmujące i wzruszające, że powodują dreszcze, a Pański życiorys tak bogaty i inspirujący, że można by rozdzielić nim kilka osób. Pańska aktywność i niezwykła wrażliwość znacznie ubogacają pozycję, dzięki czemu nie można oderwać się od treści, aż po ostatnią kropkę.

Oprócz swojego ukochanego Skarszyna, znalazła Pani również miejsce na rys gminny, nakreślając szkic historyczny mojej ukochanej Trzebnicy. Dziękuję za to, bowiem mimo iż czytałam już niejedną pozycję w tym temacie, znalazłam u Pani kilka nowych ciekawostek. A przecież bez tego co było, nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. To ważne na drodze ku samorozwojowi i głębszemu poznaniu siebie samego. Tak jakby historia ciągle krążyła gdzieś w naszych żyłach, a nam jeno wydaje się, że ona tylko zamierzchłą przeszłością w dziejach naszego społeczeństwa.

Niezwykle ciekawie potrafi Pani opowiadać. Tę samą umiejętność posiadała moja śp. babcia – gromadziła wokół siebie gromadkę wnuków i snuła fascynujące opowieści, niektóre z lekką nutką grozy i dreszczyku, inne wywołujące salwy śmiechu. Opowieści były tak zajmujące, że zapominaliśmy wtenczas o całym bożym świecie, czas płynął niezauważenie, a dla nas liczyła się tylko ta magiczna chwila. Mogliśmy słuchać wciąż tego samego, za każdym razem odnajdując tam jakiś nieznany dotąd element, który poruszał naszą wyobraźnię. Gorąco gratuluję Pani tego daru i „zazdroszczę” wnuczkom krasomówczej wędrówki po Pańskich wspomnieniach.

Zrobiła Pani niebywałą rzecz – bezinteresownie i umiejętnie ocaliła od zapomnienia wspomnienia mieszkańców wioski, pionierów. Przyczyniła się Pani do tego, że przyszłe pokolenia będą mogły dowiedzieć się jak budowano od podstaw powojenne życie w maleńkim Skarszynie. Nie brakuje na rynku wydawniczym monografii wyczerpująco opisujących zagadnienia dużych miast, stołecznych miast, Pani skupiła się na sołectwie, małej ojczyźnie, wynosząc na piedestał historię zwykłych, prostych ludzi, których los rzucił akurat w ten zakątek Polski. I chwała Pani za to! Któż zrobi to lepiej niż osoba, która tu wzrastała, pośród szeptów źródełka, lasów, sadów, pól uprawnych, pośród tajemnic ukrytych w łagodnych grzbietach wzgórz? Te historie czekały właśnie na Panią. Pierwsi osadnicy, rolnictwo, handel, sport, życie parafialne, życie kulturalne, rozrywka, rekreacja, współczesność – podeszła Pani do tematu kompleksowo, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie i ma całościowy ogląd na życie skarszynian.

Bardzo podoba mi się pomysł umieszczenia ramek z ciekawostkami, a już wzmianka o ukrytej i nieodnalezionej dotąd skrzyni ze skarbami rodowymi Marii von Stier, właścicielki pałacu, wręcz wywołała u mnie pąsy, a także poruszyła i rozpaliła do granic (nie)możliwości moją wyobraźnię. Któż z nas nie marzy o odkryciu takiego bogactwa (narodowego)?

Dziękuję za tę wspaniałą podróż, w którą mnie Pani zabrała. Pozwoliło mi to docenić to co mam i przypomniało o szacunku do historii i ludzi, którzy ją tworzyli, często z trudem, bólem i w zupełnie innych realiach. To niezwykle cenna i kształcąca pozycja. Jestem dumna z tego, że Panią znam!

Z wyrazami głębokiego szacunku i poważania,
czekająca z niecierpliwością na kolejne Pańskie pomysły i przedsięwzięcia
Anna J.


18.12.2014

Czy Ty też wesprzesz Ignasia w jego biegu ku sprawności i jak największej samodzielności?



Za kocimi pagórkami, bukowymi lasami i kilkoma - wijącymi się jak wstążki – potoczkami, przyszedł na świat chłopiec, malutki, drobniutki. I choć wątły był i kruchy (niczym herbatniczek), potrafił przewrócić do góry nogami całe życie pewnej rodziny, której był pisany i która pisana była jemu. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Ignaś, bo tak na imię było tej drobnej istotce, z krainy z której przywędrował, przytaszczył ze sobą pokaźny bagaż. Przez pierwsze dni stał on w kącie, zapomniany w ferworze radości i powitań gościa a jednocześnie nowego członka rodziny. Stał sobie więc taki kuferek, nie wadząc nikomu i nie rzucając się nadto w oczy. Nawet nie wiadomo kiedy, nie wiadomo również kto, ani po co, ale stało się – ktoś uchylił wieko. I wtedy rozlazło się po mieszkaniu, codzienności, po całym życiu rodziny, każdej jej dziedzinie. Coś. Coś nienazwanego. Wcześniej nieznanego. Budzącego jednak lęk i niepokój. Nikt nawet nie mógł przypuszczać jak owo „coś” odmieni bieg znanej, lubianej, komfortowej i tak skrupulatnie poukładanej, w miarę przewidywalnej dotąd powszedniości. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, w każdej godzinie rodziło się stadko tajemnic i zagadek. Okazało się, że oto pod jednym dachem zamieszkać trzeba nie tylko ze szczęściem i rozkoszą, ale też z wątpliwościami, obawami, strachem (co to ma wielkie oczy), żalem, buntem, złością, chronicznym stresem, smutkiem i całą tą paletą barw, zwaną inaczej emocjami. Zrobiło się ciasno. Tak, tak, w życiu każdego z nas przychodzi (prędzej czy później, w rozmaitych okolicznościach) taki moment, że gaśnie słońce, pęka niebo, rozlewa się tęcza – i trzeba poradzić sobie jakoś z całą tą kolorystyką nie zawsze łatwych i przyjemnych doznań. To, jaki kolor kuponu chwycimy za ogon jako ostatni, decyduje o najbliższej przyszłości. W tym wypadku, dzięki niebywałej sile miłości, determinacji i paru jeszcze składników, ostatni kupon jaki został na dnie maszyny losującej, miał barwę słoneczną. Jaśniał nadzieją. Promieniał pociechą. Czuć było od niego ciepło otuchy, co dodawało wiary i mnożyło siły. Rodzice czym prędzej pozmiatali resztki niesmacznych wrażeń, pozbierali porozrzucane po kątach perły rozmaitych wzruszeń i nanizali je na żyłkę, silną i trwałą, by nic nie zdołało zbyt łatwo jej przerwać. Ten naszyjnik uniesień stał się cennym talizmanem, takim amuletem na szczęście. Teraz może być już tylko lepiej.

I jest. Ignaś, z małego, nieporadnego dziecięcia wyrósł na dorodnego, dzielnego, wytrwałego i nie poddającego się tak łatwo, czteroletniego Ignacego. Jest pracowity i nie boi się żadnych wyzwań, ni mozolnych, długotrwałych rehabilitacji, co nagradzane jest znacznymi postępami w rozwoju psychoruchowym. Oprócz tego, że ciągle jest Wielką Zagadką, jest również niezwykle przekorny. Zagiąć medycynę? – toż to dla niego pikuś! Wciąż zaskakuje, sprawia cudne niespodzianki i – dla niedowiarków – jest żywym przykładem na to, że cuda jednak zdarzają się.

Z nimi jednakże trochę jak z gwiazdami spełniającymi życzenia. Trzeba je wypatrzeć i wyszeptać, choćby w myślach, to najskrytsze pragnienie. Trochę więc – dopomóc swemu szczęściu.

Ja chyba domyślam się, co uradowałoby serce i duszę tego Dzielnego Wojownika oraz Jego Armii, a Wy?

Im więcej złocistych gwiazd nałapanych w kieszenie – tym większe szanse powodzenia. W jedności siła! To co, pomożemy?


Liczy się każde okazane wsparcie, każdy gest sympatii, każda ciepła i życzliwa myśl. Wpłaty na konto, przekazany 1% podatku, Bieg Sylwestrowy. Bo wiecie, nawet gdy biegacze dotrą już do mety, Ignacego ścieżka ciągle jeszcze biegła będzie swoim własnym, sobie tylko znanym tempem i torem. To maraton. Wielki wyczyn dla małego człowieka. Gorąco mu dopingujmy!

Tutaj poczytacie o ignacowej wędrówce przez życie:
http://ignacowka2010.blogspot.com/

15.12.2014

Doświadczenia i eksperymenty dla najmłodszych (PODM-P)

Dzieci charakteryzuje fantastyczna cecha – niegasnąca ciekawość; wszystko je intryguje, interesuje, wszystko inspiruje, wszystkiego chciałyby doświadczyć, zbadać, pojąć. Zadają setki pytań, jedno za drugim. Niełatwo temu sprostać. Tym mocniej cieszą warsztaty zaproponowane przez Powiatowy Ośrodek Doradztwa Metodyczno-Programowego „Doświadczenia i eksperymenty dla najmłodszych” (partnerstwo - Nauczyciel na 6). Skierowane one były do nauczycieli edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, choć z pewnością mogły zaciekawić również rodziców. Prowadząca zajęcia Anna Łuźniak, doradca metodyczny z zakresu edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej z Wrocławskiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli oraz nauczyciel-praktyk w przedszkolu, we wspaniały, pełen ciepła, humoru, dobrej zabawy, uśmiechu i pasji sposób, wprowadziła chętnych w świat obserwacji, doświadczeń i eksperymentów. W programie przewidziano: poznanie zabaw, technik i ćwiczeń rozwijających twórcze dyspozycje dziecka i nauczyciela oraz poznanie eksperymentów i doświadczeń z wykorzystaniem bezpiecznych materiałów i narzędzi.


Przeprowadzając te doświadczenia można było samemu przekonać się, że dają one nie tylko wiele radości, ale też ukazują naukę (ścisłą) w zupełnie innym świetle, już nie tak niedostępnym, dalekim, lekko odstręczającym, ale wręcz przeciwnie – przyciągającym (jakby ćmy do nocnej lampki), fascynującym, elektryzującym, z lekka... magicznym. Eksperymenty przeprowadzać można wszędzie, nie tylko w specjalistycznych laboratoriach, podobnie jak użyć można powszechnie dostępnych i bezpiecznych składników. Na tym polega odkrywanie otaczającego nas świata, na pytaniach, które zadajemy z wypiekami na twarzy jako dzieci i na tych, które później umykają nam w pędzie dnia codziennego, ale przecież ciągle czają się za każdym rogiem. Dzieci kochają to, co tajemnicze, interesujące, a do nas, dorosłych, należy podsycanie tegoż głodu wiedzy, jak też pomaganie im w zrozumieniu i rozwikłaniu zagadek codzienności.

Po reakcjach uczestniczek, skupieniu przeplatanym salwami śmiechu, wnioskować można było, że warsztaty pokazały ciekawe metody pracy z dziećmi, ale też pozwoliły spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość ich bystrymi oczyma i przyniosły odprężenie, zadowolenie oraz wiele drobinek szczęścia.

Zawsze uważałam, że nie ma to jak dziecięce spojrzenie…