23.04.2012

"Pejzaż w powieki miękko wsiąka..." *

Wędrówka poprzez wzgórza, wąwozy, pola i lasy Zaczarowanej Krainy Wzgórz Trzebnickich. Rekompensatą za zmęczenie - niesamowite, magiczne wręcz, zapierające dech w piersiach widoki. 





















































* fragment piosenki Grzegorza Turnaua

20.04.2012

Ze wspomnień Pionierki Ziemi Trzebnickiej




Z okazji Dnia Pioniera Ziemi Trzebnickiej postanowiłam naciągnąć swoją drogą babunię na niełatwe wspomnienia. Zapytałam o to, co "z tamtych dni" ostało się w jej w pamięci. Oto kilka okruszków z tej krasomówczej uczty…
Kiedy tu przybyła, była jesień 1945 r. (październik czy listopad).
To był transport ze Lwowa i okolic, w którym tłoczyli się i którym toczyli się sześć tygodni. Nie wiedzieli dokąd jadą. Zatrzymali się w Radymnie, w Oświęcimiu mieli przesiadkę. Niewielu decydowało się wysiąść (po drodze) i związać swoje życie z przypadkowym miejscem.
Moja praprababcia oraz pradziadkowie z trójką dzieci (w tym: moja – wówczas dwudziestoletnia – babcia), z niewielkim dobytkiem, zapasami jedzenia, krową i stertą siana jechali dalej – aż skończyły się tory kolejowe. Stacja Trzebnica. Tym samym transportem przybyły m. in. rodziny: Pawlaczkowie, Kempowie, Tasowie, Łamaszowie, Lecykowie.
Ludzie niechętnie wysiadali, mieli opory, obawiali się czy jest tu bezpiecznie (we Wrocławiu toczyły się bowiem jeszcze działania wojenne), czy jest tu „wystarczająco dużo Polaków”. Nie chcieli utknąć w „takiej dziurze”, pragnęli zawrócić. Nie pomogły zachęty pana starosty Bąka-Dzierżyńskiego, który pofatygował się na stację przywitać nowo przybyłych (ubrany na wpół wojskowo, z pistoletem zatkniętym za pasem). Dopiero deszcz przegonił ich z odkrytych wagonów.

Trzebnica nie wyglądała dobrze. Była zniszczona, spalona, zagruzowana. Kiedy babcia udała się na mały rekonesans, ze stacji kolejowej aż na ulicę Milicką, na jej końcu zaczepiła milicjanta z pytaniem: „przepraszam, gdzie tu jest miasto?” Po czym usłyszała odpowiedź: „pani już przeszła miasto”. Perspektywy nie były więc świetlane, ale nie było już też większego wyboru. Tutaj właśnie był koniec trasy, tory nie chciały poprowadzić w lepszą rzeczywistość.

Trzeba było „zacząć żyć”. Ludzie rozeszli się w poszukiwaniu domostw, w których mogliby zamieszkać. Na dawnej ulicy Wolności (dziś: Bochenka) stały kamienice oraz kioski. Skrzyżowanie Obrońców Pokoju z dawną Żymierskiego (dziś: św. Jadwigi) było zagruzowane, choć przy tej drugiej ulicy ostała się kawiarnia. Rozglądano się za miejscami, gdzie można by ulokować przywieziony ze sobą sprzęt rolniczy oraz trzodę chlewną – czy były komórki, obory, skrawek ziemi. Moi przodkowie zajęli piętrowy dom przy ulicy Kwiatowej: praprababcia Kasiak zamieszkała w izbie na górze, pokój na dole przypadł w udziale rodzinie Fedorców. Warunki nie były komfortowe (brakowało toalety), choć mieszkanie było częściowo wyposażone: było łóżko, stół, garnki. Brakujące sprzęty donosiło się z innych, niezamieszkanych jeszcze domów (babcia wspomina jeden, przy ulicy Chrobrego, skąd wzięli krzesła, patelnię, pozostałe sprzęty kuchenne). Nie było prosto, ale bieda i konieczność potrafią wiele nauczyć.

Państwowy Urząd Repatriacyjny pomagał mieszkańcom w organizowaniu nowego życia; rozdawał również ciepłe posiłki. Nie było bezpiecznie, wokół roiło się od koczującej hołoty i szabrowników. Powoli jednak wszystko normowało się. Napływali kolejni przesiedleńcy: z Polski Centralnej, z kieleczczyzny. Ludzie zaczynali pracować. Pradziadek, mając wykształcenie leśnika wysokogórskiego, zgłosił się do pracy w Nadleśnictwie Trzebnica, dostając przydział do Zawonii.

Niebagatelny wpływ na mentalność mieszkańców miał ksiądz dziekan Bochenek, który od sierpnia zamieszkiwał Trzebnicę. Krzepiącymi i wzmacniającymi wiarę słowy zachęcał do „bratania się” z tą ziemią, mówiąc, że „winni się do niej przywiązać, bowiem jest to już ich ziemia, ich dom”. Swą posługą dodawał sił i otuchy, budował trwały, stabilny i wspaniały pomost pomiędzy ludźmi przybyłymi z różnych stron Polski. Organizował spotkania, podczas których integrował społeczność, Bazylika była więc miejscem spajającym tę trzebnicką różnorodność. W babcinej pamięci zachował się obrazek jak ksiądz dziekan uczy wspólnego, jednolitego śpiewania kolęd i przechadza się wzdłuż naw kościelnych, z lubością delektując się rozbrzmiewającym chóralnie "Podnieś rączkę, Boże Dziecię, błogosław OJCZYZNĘ MIŁĄ..."

I tak oto zakończyło się moje wędrowanie pośród babcinych słów, rozsypanych na ulicach zagruzowanej i szarej Trzebnicy. Jako, że od najmłodszych lat związana jestem emocjonalnie z budynkiem przy ulicy Głowackiego 17, nie mogę oprzeć się pokusie dołączenia kilku zdań o tamtych okolicach. Nie jest to już przekaz naoczny mojej babci, ale jej wspomnienia rozmowy z nieżyjącą już panią Jandową, która wcześniej niźli moja rodzina tam się osiedliła. Znam te opowieści od dziecka i były przyczynkiem niejednego lęku we mnie zakorzenionego. Ilekroć idę tam na strych przypomina mi się, że ci, którzy zamieszkali tam po wojnie jako pierwsi, na strychu właśnie zastali poukładane trupy niemieckich cywili. Na miejscu zaś, gdzie stoi dzisiejszy Klubik Spółdzielni Mieszkaniowej było kiedyś gospodarstwo, stajnia, obora, szopa, ogródek. I w tym właśnie ogródku – wedle przekazów – stała grusza, a pod tą gruszą pochowano niemieckiego żołnierza, którego ciało tam znaleziono. Za jego duszę modliłam się jako mała dziewczynka, wyglądając przez okno i spoglądając na kotłownię (przy ulicy Wąskiej) oraz – później już – na wspomniany Klubik.

Niestety z okresu powojennego nie zachowały się w rodzinnym albumie żadne fotografie Trzebnicy. Kiedy słucham czarno-białych wspomnień osiemdziesięciosiedmioletniej babuni, niezwykle trudno mi ogarnąć to wszystko swoim małym rozumkiem. Takie to odległe. Te odkryte wagony kontra nasz komfortowy szynobusik. Zajmowanie pustostanów a dzisiejsze zmagania mieszkaniowe. Elementarne poczucie bezpieczeństwa kiedyś a dziś. I czuję wewnętrzny sprzeciw za babciny brak dzieciństwa, brak prawa do młodzieńczego buntu – zamiast tego wojna, partyzantka. Próbuję sobie nieraz wyobrazić ją jako dwudziestolatkę, teraz, z wszelkimi przysługującymi jej przywilejami. I płynę na fali gdybania: gdyby to wszystko wydarzyło się inaczej… jak by wyglądało jej życie, a przez to życie mojej mamy, następnie moje?

Ale zadziało się tak a nie inaczej. Należała do pokolenia Pionierów Ziemi Trzebnickiej, a we mnie płynie krew tego samego rodu. Jestem z tego dumna. Jestem za to wdzięczna. I jakoś tak (infantylnie) cieszy mnie, że zabrakło wtedy tych torów, że nie mieli w zanadrzu dalszej trasy...

I tylko żal mi niesłychanie, iż babunia jest dziś osobą niepełnosprawną i nie mam możliwości pokazania jej jak obecnie wygląda Trzebnica, jak niewiele przypomina obrazy z tamtych lat. A może kiedyś jeszcze mi się to uda, może będzie sposobność, zdążę? 


Dziurawe boisko

O tym boisku pisałam już kiedyś (tutaj). Potrzebne, użyteczne, całkiem niezłe - choć... zaniedbane.


Wyrwana furtka, dziura w siatce okalającej go, porozrzucane śmieci. A teraz jeszcze te dziury w nawierzchni. Właściwie mogłoby ich nie być - wystarczyłoby wstawić pokradzione (jak mniemam) okrągłe nakładki. Na sześć sztuk - czterech brak. Nie znam się na tym do czego to służy, ale biegając z synami za piłką miałam wielkiego stracha, że komuś z nas wpadnie tam noga i skręcenie kostki murowane. Należałoby się tym zająć i oby jak najprędzej, nim komuś faktycznie stanie się krzywda.


(tutaj jest nakładka, jak należy)


(tutaj już jej brak, co stwarza pewnego rodzaju zagrożenie)


(jesienne liście w środku wiosny plus wątpliwej estetyki kompozycja śmieciowa)


Boisko przy Powiatowym Zespole Szkół nr 2 w Trzebnicy,  ul. Żeromskiego  

Niebezpieczeństwo

(wypatrzone na ulicy Milickiej)

Owo napięcie zostawiam pod Waszą rozwagę. Każdy niech wyciągnie własne wnioski ;)

18.04.2012

W tym Miliczu pięknie jest...

Do Milicza jeździmy na regularne wizyty kontralne u lekarza ortopedy. Gdy mamy jeszcze czas do przyjazdu autobusu, staramy się zobaczyć to i owo. Widzieliśmy już Ostoję Koników Polskich (pisałam o tym tutaj), a wczoraj zwiedziliśmy przeuroczy kompleks pałacowo-parkowy, romantyczne ruiny zamkowe i kilka jeszcze zakątków. W tym Miliczu pięknie jest...

























Podręczniki (współ)rodem z Trzebnicy

Tekst napisany dla Starostwa Powiatowego: http://powiat.trzebnica.pl/index.php/news/view/328


W powiecie naszym nie brak pedagogów, którzy z oddaniem poświęcają się nauczycielskiej pracy i pasji.
Jedną z nich jest, a właściwie była - bowiem cieszy się obecnie zasłużoną emeryturą - germanistka, pani Irena Nowicka. Kobieta o tysiącu pomysłów, niespożytych pokładach energii, swą aktywnością zaszczyca wiele dziedzin edukacji. Czas emerytury nie jest dla niej czasem spoczynku - raczej eksploracji nowych kierunków rozwoju. Nic dziwnego, bowiem język niemiecki jest oczywistością, którą pani Irena "oddycha" od dzieciństwa, wychowywała się bowiem w domu dwujęzycznym. Choć nie zawsze myślała o filologii germańskiej; początkowo chciała zostać... fizykiem.

Pani Nowicka jest absolwentką Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego. W ramach szwajcarskiego projektu doskonalenia nauczycieli uzyskała tytuł "teacher trainera" (edukatora). Prowadziła szkolenia w zakresie metodyki nauczania języka niemieckiego oraz szkolenia dla kandydatów na egzaminatorów języka niemieckiego w zakresie egzaminu maturalnego i egzaminu po gimnazjum. Nie będzie przesadą, gdy powie się, że większość dolnośląskich egzaminatorów do nowej matury została wyszkolona właśnie przez panią Irenę. Pracowała jako metodyk języka niemieckiego w Dolnośląskim Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli we Wrocławiu, egzaminator CKE, układała arkusze egzaminacyjne do matury, wiedzą swą dzieliła się z uczniami Powiatowego Zespołu Szkół nr 1 w Trzebnicy, do dziś pełni funkcję tłumacza w trzebnickich instytucjach i urzędach. Lista jest naprawdę imponująca, ale to jeszcze nie wszystko...

Ostatnim "dzieckiem" z serii pomysłów pani Ireny są... podręczniki. Jest ona współautorką pozycji wydawanych nakładem PWN. Początkowo był to program nauczania języka niemieckiego - poradniki dla nauczycieli w gimnazjach – serii Kompass. Następnie Polskie Wydawnictwo Naukowe ogłosiło konkurs na pierwszy rozdział podręcznika do liceum - trójka autorów (w tym pani Nowicka) zadziałała wspólnie... i wygrali. Tym oto sposobem powstaje "EXPEDITION DEUTSCH. Podręcznik z ćwiczeniami. Język niemiecki dla szkół ponadgimnazjalnych", autorstwa Ireny Nowickiej, Doroty Wieruszewskiej i Jacka Betleji. Podręczniki (będzie ich bowiem 10) dostosowane są do nowej podstawy programowej. Ukażą się również w wersji interaktywnej. Można będzie uczyć się z nich już od września 2012 r.

Praca nad podręcznikami rozpoczęła się przed dwoma laty, trwać będzie - nieprzerwanie - do roku 2015. Obecnie panią Irenę zajmuje korekta czwartego podręcznika. Dwa już ukazały się drukiem, kolejny jest po korekcie i nagraniach. Jest to zajmująca, żmudna i mozolna praca. Wymyślanie treści, dostosowanej do podstawy programowej, spotkania z pozostałymi współautorami, celem uzgodnienia szczegółów (a to też nie jest takie proste, bowiem autorzy pochodzą z różnych miejscowości, sporo od siebie oddalonych), pomysły co do grafik, ilustracji, zdjęć, korekta (zgodna z sugestiami rzeczoznawców), promocja (spotkania, warsztaty, prezentacje).

Pani Irena Nowicka przyznaje, że choć zajęcie to jest niezwykle satysfakcjonujące, to zupełnie odmienne od pracy nauczyciela (która również przynosiła wiele przyjemności).
Kiedy zaczęłam podpytywać o poprzedni zawód (czyt.: germanistka w szkole), urzekł mnie niezwykły dystans pani Ireny do siebie samej. Przyznała, że uczniowie muszą ją wspominać jako surowego i wymagającego belfra, aczkolwiek może w ten sposób udało się przekazać im sporo wiedzy? Jako rozmówczyni prędko zaczęłam cenić otwartość i bezpośredniość autorki podręczników, zauważając jednako, że serce to Ona ma na dłoni. Nade wszystko miłuje czworonogi, częstując je swą litością, troską i wyczuleniem na ich potrzeby. Chciałaby również zarazić szlachetną dbałością o bezdomne psiaki jak najwięcej osób wokół...

Wkrótce trzebniczanka zagości na łamach niemieckiej gazety w Goslar. Tamtejsi mieszkańcy dumni są i zadowoleni, że kadry z ich miasta towarzyszyć będą polskim uczniom podczas nauki z podręcznika niemieckiego. My zaś dumni powinniśmy być, że mieszkanka naszego powiatu zdobywa laury i uznanie również za granicą. To niezwykle miłe i krzepiące.

Na koniec zapytałam jeszcze: jak najlepiej nauczyć się języka obcego? Rada była prosta: przełamać opory, bariery, lęki, nie ważyć każdego słowa, nie analizować... po prostu oddać się fali słów. Zatem: do dzieła!

Zachęcamy nauczycieli języka niemieckiego z naszego powiatu (i nie tylko) do korzystania z podręczników  "EXPEDITION DEUTSCH. Podręcznik z ćwiczeniami. Język niemiecki dla szkół ponadgimnazjalnych", autorstwa Ireny Nowickiej, Doroty Wieruszewskiej i Jacka Betleji. 

 


15.04.2012

Swoje chwalimy, swoje znamy, czyli "Rytmy natury w Dolinie Baryczy"

Na antenowej tacy telewizyjnej Dwójki podano wyborne danie: film autorstwa Artura i Saturniny Homanów "Rytmy natury w dolinie Baryczy”. Wspaniała opowieść o życiu, które toczy się nieopodal nas - a którego tak często nie zauważamy, czy nie doceniamy. Po obejrzeniu tych zachwycających obrazów, w głowie pląsa mi chmara myśli - tańczą w rytmie natury, a ja mam wrażenie, że gdy spróbuję je wyłapać i nazwać, bardzo zubożę ten przekaz i zbeszczeszczę piękno, którego nie należy konsumować, a trzeba nim jedynie delektować się do woli. Dopiero samodzielna uczta przed telewizorem zapewni głębię przeżyć, a i - być może - zainspiruje do własnozmysłowej eksploracji tychże - tak bogatych w walory - terenów.

Wielki ukłon w stronę fundacji EkoRozwoju, której produkcja w niczym nie jest gorsza od produkcji rodem BBC czy National Geographic. Wręcz przeciwnie: w fascynujący sposób potrafi pokazać cuda "naszego podwórza". Jak widać, nie trzeba porywać się na egzotyczne wojaże (sawanna, dżungla, pustynia, rafa koralowa), by stworzyć oszałamiające, przyrodnicze (arcy)dzieło i w niezwykły sposób przedstawić roczny cykl życia stworzeń nierozerwalnie złączonych z regionalną fauną i florą. To również wyśmienity sposób na promocję Doliny Baryczy - i należy mieć tylko nadzieję, że ościenne gminy pójdą za przykładem i postarają się w podobny sposób popularyzować oraz zaintrygować społeczność lokalnym, środowiskowym potencjałem. Przyznam, że z wielką ciekawością zanurzyłabym się w kadry makrokosmosu, strzelające w zmysły krasą kociogórskich okazów ze świata roślin i zwierząt. To niezwykła okazja do przyjrzenia się temu, co kiełkuje, pączkuje, kwitnie, pyli, wschodzi, zachodzi, buczy, bzyczy, rechocze, gęga, kuka, ćwierka, klekocze, śwista, kwili, ryczy. Pospolity "zjadacz chleba" zbyt często mija - w pośpiechu - te niezwykłe osobliwości natury, mając niezbyt ostry wzrok i przytępiony słuch - i dopiero tak misterne dzieło, potrafi zwrócić jego oczy na codzienne piękno.

W wielu momentach przechodziły mnie ciarki i przepływały przeze mnie myśli "jak to zostało nakręcone?" Chylę czoła przed autorami, wyobrażając sobie z jakim mozołem, poświęceniem, determinacją, ale i z poruszającą pasją musieli realizować zdjęcia. Jest wiele momentów zapierających dech w piersiach, sporo kadrów, które głęboko i na długo zapadną w moją pamięć. Podoba mi się fakt, że mogłam ten skrawek świata obejrzeć z różnych perspektyw: zarówno z lotu ptaka, jak i będąc tuż, tuż, przy filmowanych stworzeniach, patrząc im - nieomal - oko w oko. Z nieśmiałością i cichutko podglądałam fascynujące gody żurawi czy krzykliwe żabie zaloty, bacznie przyglądałam się pojedynkom zwierząt, podziwiałam precyzję i spryt głodnego zimorodka czy ganiłam się skrycie za oburzenie wywołane kukułczą przasnością. To niesamowite, ale siedząc w wygodnym i ciepłym fotelu czułam rozlewające się po mnie emocje. Jakąż satysfakcję czuć musiał reżyser, mając to wszystko na wyciągnięcie obiektywu! Ten przenikający chłód mokradeł, rosa skrząca się na misternie utkanej pajęczynie, ukwiecone barwnie połacie, wiatr pędzący chmury po niebieskiej łące, mgliste wschody i pomarańczowe zachody słońca, udekorowane obficie cieniami żurawi. Dzięki sprawnemu montażowi połechtana czule została moja niezbyt chwalebna cecha, mianowicie niecierpliwość - jakież to liryczne: podglądać - w przyspieszonym tempie - wzrastające przebiśniegi, rozpływające się lodowe sople, drzewa, przywdziewające zwiewne, zielone łaszki. Wszystko okraszone wyważoną dawką humoru i szczyptą dramatyzmu; prawo natury w całej swej krasie: z nieujrzmioną dzikością, ale i skropione romantyzmem; nie brak tu namiętności, zazdrości, prozy dnia codziennego.

Natura sama w sobie ma niedościgniony urok. Tutaj została jeszcze przybrana w szaty perfekcjonalnej, estetycznej kompozycji. Bez ubarwiania, bez poprawiania - wyłuskano z niej jedynie sedno, coś dla złaknionych naturalnego piękna, ale zbyt zaganianych, leniwych czy nie potrafiących samodzielnie zabrać się do "odwijania jej ze sreberka". Obraz zestrojono z przyjemną ścieżką dźwiękową oraz polukrowano ciepłym głosem pani Krystyny Czubówny, opowiadającej o różnorodności biologicznej Doliny Baryczy w sposób elokwentny, poetycki, ale i zrozumiały. Ujęło mnie to, poczułam się zwabiona, oczarowana i rozkochana w ujęciach, kręconych zaledwie kilkanaście (do kilkudziesięciu) kilometrów od moich rodzinnych pieleszy. Nic dodać, niczego odeń odjąć. No, może tyle, że przez myśl przemknęło mi, iż Julian Tuwim, tworząc swój kultowy wierszyk "Ptasie radio" chyba również przycupnął w cieniu któregoś z drzew w milickim parku krajobrazowym ;)

Zwykle szkoda mi czasu na wpatrywanie się w szklany ekran telewizora, jednak tym razem było to doskonale spożytkowane 36 minut. Uważam, że film powinien być lekturą obowiązkową na lekcjach biologii (przynajmniej) w Dolinie Baryczy. Ja z chęcią wracać będę do tej produkcji, nasiąkając pulsem milicko-żmigrodzkiej natury. Jako mama, chcąca zaszczepić w dziatwie patriotyczne wzorce, wspólnie z synami zachwycać będę się lokalnymi pejzażami, oszałamiającymi niezwykłym pięknem; szczycić będziemy się tym, że te dziwy wyprawiają się tak blisko nas, że pierwej poznajemy rodzime i nie musimy urągać ignorancją i wzrok spuszczać w milczeniu, pokorze i wstydzie, gdy inni chwalą się swoim - jakże odległym  - pięknem. Egzotyczna przyroda jest, owszem, ujmująca, natomiast przyroda zaserwowana przez państwa Homanów w "Rytmach natury” jest nie tylko ujmująca, ale również "nasza"...