23.02.2015

Bazarek Trzebnica zaprasza!

fot. Adrian Opałka
Jakiś czas temu powstało w Trzebnicy kolejne ciekawe miejsce, w którym warto pobuszować. Bazarek – gdzie współczesność przeplata się eklektycznie z odległą przeszłością. Znaleźć można tam nie tylko przedmioty codziennego użytku, ale jest to również doskonała baza wypadowa dla kolekcjonerów maści wszelakiej, hobbistów i miłośników staroci, albowiem pełno tam przedmiotów z duszą. Poszukiwacze okazji, szperacze unikatów, białych kruków – to eldorado powstało specjalnie dla Was, dlatego nie zwlekajcie, tylko czym prędzej skierujcie swoje kroki na ul. Św. Jadwigi 7, nieopodal dawnej siedziby gazety NOWa, do budynku gdzie mieścił się wcześniej ciucholand.

Praktycznie codziennie można znaleźć tam coś nowego, a wraz ze zmianą asortymentu, zmienia się automatycznie (jakże klimatyczny) wystrój sklepu. Sklep czynny jest od poniedziałku do piątku w godz. od 9.00 do 17.00, a także w sobotę od 9.00 do 13.00. Oprócz tego, że znaleźć można tam naprawdę przeróżne cuda i cudeńka, właściciel prowadzi także skup przedmiotów używanych. A że jest on prawdziwym pasjonatem – przekłada się to również na wachlarz oferowanych „materii”. Czegoż tam nie ma?! Militaria buńczucznie rozpychają się pośród tysiąca drobiazgów. Stylowe antyki dumnie prężą drewniane blaty; radosne mebelki dziecięce kuszą barwą i dizajnerskim stylem; szereg gitar aż prosi się, by pociągnąć za struny i zagrać nań obozowe pieśni; obiektywy starych aparatów fotograficznych wciąż mają pod powiekami ciepło i rozkosz letnich pejzaży. Sprzęt sportowy rwie się do działania. Dawne projektory czytają slajdy tamtych lat. Jakiś fotel marzy, by przysiadł na nim strudzony wędrowiec. Niemieckie księgi pachną tajemnicą. Zdumiony, porcelanowy anioł łypie na wszystko ciekawskim wzrokiem.


Jestem pewna, że kiedy zmierzch otula ten zakątek Trzebnicy, gdy księżyc delikatnie wpuszcza przez okienko swą łagodną poświatę – jest tam gwarnie i rojno, jak na najwytrawniejszym targu. Nie cichną przechwałki i przekomarzania, nie gasną niesamowite opowieści i wspomnienia, przestrzeń wypełniają legendy, klechdy, bajania i baśnie z wielu zakątków świata. Dokładnie z tylu, z ilu pochodzą składowane tam przedmioty. Te zaś przychodzą, odchodzą… pozostawiają ślad, część siebie, jakąś magiczną historię, dawne dzieje, pamięć o poprzednich właścicielach i nadzieję na to, że w nowym domu odnajdą należne miejsce i jeszcze komuś posłużą, przysłużą się, pomogą. To bowiem cenią sobie najbardziej: użyteczność i poczucie bycia potrzebnym.

(fot. Adrian Opałka)







5.01.2015

Jolanta Janusiewicz - Skarszyn. Historia życiem pisana



Szanowna Pani Jolanto,

czuję się zaszczycona, wdzięczna i uradowana z faktu, iż postanowiła mnie Pani uhonorować swoim dziełem – książką Skarszyn. Historia życiem pisana. Dziękuję również za zaproszenie na wieczór autorski i proszę przyjąć moje przeprosiny, że nie mogłam jednak uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu. Szkoda, że nie miałam sposobności napisać o tym wszystkim „na świeżo”, w momencie gdy wszystkie emocje jeszcze żywo pulsują i buzują, jednakże choroba obróciła wniwecz moje zamierzenia. Cóż, życie.

Serdecznie gratuluję Pani sukcesu i doprowadzenia przedsięwzięcia do szczęśliwego końca. Książka stanowi ważną pozycję w biblioteczce miłośnika ziemi trzebnickiej. Pisana jest prostym językiem, trafiającym do każdego i wciąga już od pierwszej strony: dedykacje są tak szczere, przejmujące i wzruszające, że powodują dreszcze, a Pański życiorys tak bogaty i inspirujący, że można by rozdzielić nim kilka osób. Pańska aktywność i niezwykła wrażliwość znacznie ubogacają pozycję, dzięki czemu nie można oderwać się od treści, aż po ostatnią kropkę.

Oprócz swojego ukochanego Skarszyna, znalazła Pani również miejsce na rys gminny, nakreślając szkic historyczny mojej ukochanej Trzebnicy. Dziękuję za to, bowiem mimo iż czytałam już niejedną pozycję w tym temacie, znalazłam u Pani kilka nowych ciekawostek. A przecież bez tego co było, nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy. To ważne na drodze ku samorozwojowi i głębszemu poznaniu siebie samego. Tak jakby historia ciągle krążyła gdzieś w naszych żyłach, a nam jeno wydaje się, że ona tylko zamierzchłą przeszłością w dziejach naszego społeczeństwa.

Niezwykle ciekawie potrafi Pani opowiadać. Tę samą umiejętność posiadała moja śp. babcia – gromadziła wokół siebie gromadkę wnuków i snuła fascynujące opowieści, niektóre z lekką nutką grozy i dreszczyku, inne wywołujące salwy śmiechu. Opowieści były tak zajmujące, że zapominaliśmy wtenczas o całym bożym świecie, czas płynął niezauważenie, a dla nas liczyła się tylko ta magiczna chwila. Mogliśmy słuchać wciąż tego samego, za każdym razem odnajdując tam jakiś nieznany dotąd element, który poruszał naszą wyobraźnię. Gorąco gratuluję Pani tego daru i „zazdroszczę” wnuczkom krasomówczej wędrówki po Pańskich wspomnieniach.

Zrobiła Pani niebywałą rzecz – bezinteresownie i umiejętnie ocaliła od zapomnienia wspomnienia mieszkańców wioski, pionierów. Przyczyniła się Pani do tego, że przyszłe pokolenia będą mogły dowiedzieć się jak budowano od podstaw powojenne życie w maleńkim Skarszynie. Nie brakuje na rynku wydawniczym monografii wyczerpująco opisujących zagadnienia dużych miast, stołecznych miast, Pani skupiła się na sołectwie, małej ojczyźnie, wynosząc na piedestał historię zwykłych, prostych ludzi, których los rzucił akurat w ten zakątek Polski. I chwała Pani za to! Któż zrobi to lepiej niż osoba, która tu wzrastała, pośród szeptów źródełka, lasów, sadów, pól uprawnych, pośród tajemnic ukrytych w łagodnych grzbietach wzgórz? Te historie czekały właśnie na Panią. Pierwsi osadnicy, rolnictwo, handel, sport, życie parafialne, życie kulturalne, rozrywka, rekreacja, współczesność – podeszła Pani do tematu kompleksowo, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie i ma całościowy ogląd na życie skarszynian.

Bardzo podoba mi się pomysł umieszczenia ramek z ciekawostkami, a już wzmianka o ukrytej i nieodnalezionej dotąd skrzyni ze skarbami rodowymi Marii von Stier, właścicielki pałacu, wręcz wywołała u mnie pąsy, a także poruszyła i rozpaliła do granic (nie)możliwości moją wyobraźnię. Któż z nas nie marzy o odkryciu takiego bogactwa (narodowego)?

Dziękuję za tę wspaniałą podróż, w którą mnie Pani zabrała. Pozwoliło mi to docenić to co mam i przypomniało o szacunku do historii i ludzi, którzy ją tworzyli, często z trudem, bólem i w zupełnie innych realiach. To niezwykle cenna i kształcąca pozycja. Jestem dumna z tego, że Panią znam!

Z wyrazami głębokiego szacunku i poważania,
czekająca z niecierpliwością na kolejne Pańskie pomysły i przedsięwzięcia
Anna J.


18.12.2014

Czy Ty też wesprzesz Ignasia w jego biegu ku sprawności i jak największej samodzielności?



Za kocimi pagórkami, bukowymi lasami i kilkoma - wijącymi się jak wstążki – potoczkami, przyszedł na świat chłopiec, malutki, drobniutki. I choć wątły był i kruchy (niczym herbatniczek), potrafił przewrócić do góry nogami całe życie pewnej rodziny, której był pisany i która pisana była jemu. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Ignaś, bo tak na imię było tej drobnej istotce, z krainy z której przywędrował, przytaszczył ze sobą pokaźny bagaż. Przez pierwsze dni stał on w kącie, zapomniany w ferworze radości i powitań gościa a jednocześnie nowego członka rodziny. Stał sobie więc taki kuferek, nie wadząc nikomu i nie rzucając się nadto w oczy. Nawet nie wiadomo kiedy, nie wiadomo również kto, ani po co, ale stało się – ktoś uchylił wieko. I wtedy rozlazło się po mieszkaniu, codzienności, po całym życiu rodziny, każdej jej dziedzinie. Coś. Coś nienazwanego. Wcześniej nieznanego. Budzącego jednak lęk i niepokój. Nikt nawet nie mógł przypuszczać jak owo „coś” odmieni bieg znanej, lubianej, komfortowej i tak skrupulatnie poukładanej, w miarę przewidywalnej dotąd powszedniości. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, w każdej godzinie rodziło się stadko tajemnic i zagadek. Okazało się, że oto pod jednym dachem zamieszkać trzeba nie tylko ze szczęściem i rozkoszą, ale też z wątpliwościami, obawami, strachem (co to ma wielkie oczy), żalem, buntem, złością, chronicznym stresem, smutkiem i całą tą paletą barw, zwaną inaczej emocjami. Zrobiło się ciasno. Tak, tak, w życiu każdego z nas przychodzi (prędzej czy później, w rozmaitych okolicznościach) taki moment, że gaśnie słońce, pęka niebo, rozlewa się tęcza – i trzeba poradzić sobie jakoś z całą tą kolorystyką nie zawsze łatwych i przyjemnych doznań. To, jaki kolor kuponu chwycimy za ogon jako ostatni, decyduje o najbliższej przyszłości. W tym wypadku, dzięki niebywałej sile miłości, determinacji i paru jeszcze składników, ostatni kupon jaki został na dnie maszyny losującej, miał barwę słoneczną. Jaśniał nadzieją. Promieniał pociechą. Czuć było od niego ciepło otuchy, co dodawało wiary i mnożyło siły. Rodzice czym prędzej pozmiatali resztki niesmacznych wrażeń, pozbierali porozrzucane po kątach perły rozmaitych wzruszeń i nanizali je na żyłkę, silną i trwałą, by nic nie zdołało zbyt łatwo jej przerwać. Ten naszyjnik uniesień stał się cennym talizmanem, takim amuletem na szczęście. Teraz może być już tylko lepiej.

I jest. Ignaś, z małego, nieporadnego dziecięcia wyrósł na dorodnego, dzielnego, wytrwałego i nie poddającego się tak łatwo, czteroletniego Ignacego. Jest pracowity i nie boi się żadnych wyzwań, ni mozolnych, długotrwałych rehabilitacji, co nagradzane jest znacznymi postępami w rozwoju psychoruchowym. Oprócz tego, że ciągle jest Wielką Zagadką, jest również niezwykle przekorny. Zagiąć medycynę? – toż to dla niego pikuś! Wciąż zaskakuje, sprawia cudne niespodzianki i – dla niedowiarków – jest żywym przykładem na to, że cuda jednak zdarzają się.

Z nimi jednakże trochę jak z gwiazdami spełniającymi życzenia. Trzeba je wypatrzeć i wyszeptać, choćby w myślach, to najskrytsze pragnienie. Trochę więc – dopomóc swemu szczęściu.

Ja chyba domyślam się, co uradowałoby serce i duszę tego Dzielnego Wojownika oraz Jego Armii, a Wy?

Im więcej złocistych gwiazd nałapanych w kieszenie – tym większe szanse powodzenia. W jedności siła! To co, pomożemy?


Liczy się każde okazane wsparcie, każdy gest sympatii, każda ciepła i życzliwa myśl. Wpłaty na konto, przekazany 1% podatku, Bieg Sylwestrowy. Bo wiecie, nawet gdy biegacze dotrą już do mety, Ignacego ścieżka ciągle jeszcze biegła będzie swoim własnym, sobie tylko znanym tempem i torem. To maraton. Wielki wyczyn dla małego człowieka. Gorąco mu dopingujmy!

Tutaj poczytacie o ignacowej wędrówce przez życie:
http://ignacowka2010.blogspot.com/

15.12.2014

Doświadczenia i eksperymenty dla najmłodszych (PODM-P)

Dzieci charakteryzuje fantastyczna cecha – niegasnąca ciekawość; wszystko je intryguje, interesuje, wszystko inspiruje, wszystkiego chciałyby doświadczyć, zbadać, pojąć. Zadają setki pytań, jedno za drugim. Niełatwo temu sprostać. Tym mocniej cieszą warsztaty zaproponowane przez Powiatowy Ośrodek Doradztwa Metodyczno-Programowego „Doświadczenia i eksperymenty dla najmłodszych” (partnerstwo - Nauczyciel na 6). Skierowane one były do nauczycieli edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, choć z pewnością mogły zaciekawić również rodziców. Prowadząca zajęcia Anna Łuźniak, doradca metodyczny z zakresu edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej z Wrocławskiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli oraz nauczyciel-praktyk w przedszkolu, we wspaniały, pełen ciepła, humoru, dobrej zabawy, uśmiechu i pasji sposób, wprowadziła chętnych w świat obserwacji, doświadczeń i eksperymentów. W programie przewidziano: poznanie zabaw, technik i ćwiczeń rozwijających twórcze dyspozycje dziecka i nauczyciela oraz poznanie eksperymentów i doświadczeń z wykorzystaniem bezpiecznych materiałów i narzędzi.


Przeprowadzając te doświadczenia można było samemu przekonać się, że dają one nie tylko wiele radości, ale też ukazują naukę (ścisłą) w zupełnie innym świetle, już nie tak niedostępnym, dalekim, lekko odstręczającym, ale wręcz przeciwnie – przyciągającym (jakby ćmy do nocnej lampki), fascynującym, elektryzującym, z lekka... magicznym. Eksperymenty przeprowadzać można wszędzie, nie tylko w specjalistycznych laboratoriach, podobnie jak użyć można powszechnie dostępnych i bezpiecznych składników. Na tym polega odkrywanie otaczającego nas świata, na pytaniach, które zadajemy z wypiekami na twarzy jako dzieci i na tych, które później umykają nam w pędzie dnia codziennego, ale przecież ciągle czają się za każdym rogiem. Dzieci kochają to, co tajemnicze, interesujące, a do nas, dorosłych, należy podsycanie tegoż głodu wiedzy, jak też pomaganie im w zrozumieniu i rozwikłaniu zagadek codzienności.

Po reakcjach uczestniczek, skupieniu przeplatanym salwami śmiechu, wnioskować można było, że warsztaty pokazały ciekawe metody pracy z dziećmi, ale też pozwoliły spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość ich bystrymi oczyma i przyniosły odprężenie, zadowolenie oraz wiele drobinek szczęścia.

Zawsze uważałam, że nie ma to jak dziecięce spojrzenie…



















14.12.2014

Mikołajkowy turniej piłkarski 2014 - Orliki IV vs. Akademia Piłkarska Oleśnica

Grupa Orliki IV, trenująca pod okiem p. Pawła Kubiaka od września b. r., rozegrała dzisiaj swój drugi turniej – pierwszy był wyjazdowy, we Wrocławiu, dziś natomiast podejmowali gości z Akademii Piłkarskiej Oleśnica na boisku – a właściwie w hali sportowej ZAPO – w Trzebnicy. Podzieleni byli na cztery drużyny, grali systemem każdy z każdym, dwie połowy po 6 minut. Wyniki na tablicy kształtowały się następująco: 2-0, 0-0, 1-0, 1-0, 1-4, 0-4, 1-0, 0-0. Goście z Oleśnicy byli lepiej przygotowani i to oni wyjechali od nas z pierwszym miejscem. Drugie miejsce zajęła jedna z drużyn Polonii, trzecie – znowu Oleśnica, czwarte – kolejna drużyna polonijnych Orlików.

Gdybym choć trochę znała się na piłce nożnej, mogłabym podryfować myślą komentatorską nurtem meczu. Niestety ja z tych, co to nie mają pojęcia o co biega w tych wszystkich rożnych, wolnych, karnych, spalonych, i choćby mi tłumaczyć dziesiątki razy, do głowy mi to nie wejdzie. Biega kilku takich zapaleńców za piłką – jak lubią, niech biegają, nie muszę tego lubić, pojmować, wystarczy, że szanuję czyjąś pasję. A że w tym całym chaosie, tumulcie, pośród biegania w tę i we w tę, jest jakaś logika, są jakieś poszczególne akcje do wyłapania – cóż, niech bieglejsi ode mnie wypowiedzą się w temacie.

Ja patrzę na to z innej perspektywy. Jako mama jestem czasem przerażona, gdy widzę te upadki, kopnięcia w piszczele, kontuzje, faule – ale taka już ma natura. Chłopaki są w swoim żywiole, przeszczęśliwi – i to jest najważniejsze. Ta dyscyplina ma również wiele innych walorów: uczy umiejętności przewidywania, refleksu, szybkości, wytrzymałości, subordynacji, odpowiedzialności, współpracy grupowej, zdrowej rywalizacji. Zapewne nie każdy z tych młodych chłopców zwiąże swoje dorosłe życie z piłką, jednak wiele z tych kompetencji nie przeminie i da im solidną bazę na przyszłość. Teraz zaś cieszy również fakt, że nie ślęczą przed komputerem czy telewizorem, tylko pracują nad kondycją i w efektywny sposób rozładowują drzemiącą w nich energię. Osobiście bardzo podobała mi się postawa fair play, zwłaszcza w momentach, gdy dochodziło do przewrotek i chłopcy podawali sobie dłonie w geście przeprosin, pomagając jednocześnie wstać leżącemu. Pełen szacunek do przeciwnika – i to niezwykle się chwali. Czym skorupka za młodu…

Ten mecz był również trudną nauką pokory i przełykania goryczy porażki, co uważam za szczególnie kształcące (pod warunkiem, że wyciąga się wnioski, wszak każde niepowodzenie czegoś nas uczy). Tak już bowiem składa się, iż w sporcie wyniki, owszem, są ważne, ale najważniejsza jest cała ta niematerialna otoczka: emocje, uczciwość, sprawdzenie swoich sił i wygrywanie bez pychy, przegrywanie zaś bez urazy. Żadnego z elementów nie zabrakło i to właśnie wielki sukces obu drużyn.


W taki oto sposób zakończył się pierwszy semestr piłkarskich zmagań Orlików IV – co uczcili wspólnie w pizzerni Palermo. Oby kolejne spotkania, po zimowej przerwie, przyniosły wiele owocnych działań i sukcesów - tego życzę zarówno trenerowi, jak i całej drużynie.